Niby – media kontra trolle

 Nie ma mowy o dziennikarstwie, jeśli autor nie podpisuje się pod swoimi słowami i nie bierze za nie odpowiedzialności. W takim przypadku mamy do czynienia nie z dziennikarstwem, a z propagandą, która z założenia jest formą manipulacji odbiorcą.

informator_Fotor

***

W przyrodzie wszystko jest jasne: jak ptaki od nas odlatują to znaczy niechybnie, że zbliża się zima. Jak ptaszyska wracają do gniazd, znaczy się wiosna za pasem. W polityce nic jasne nie jest, ale przynajmniej jedno można powiedzieć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością: jak w mieście pojawiają się niby – gazety ociekające wazeliną, albo jadące brzytwą po oczach (w zależności od potrzeb), to oznacza jedno: ani chybi idą kolejne wybory.

 Niby – gazetowe piśmiennictwo wyborcze ma w naszym Ostrówku kochanym dość długą i burzliwą historię. Od kilku już kadencji kolejni kandydaci na najwyższy stołek w mieście umyślili sobie, że jak zaczną  – oficjalnie lub nieoficjalnie – zarzucać miasto na krótko przed wyborami swoimi udającymi gazety wydawnictwami, to zwycięstwo mają w kieszeni. Uwierzyło w to bezskutecznie kilku kandydatów, ale bodaj najbardziej spektakularnie przewiózł się na tym Włodzimierz Jędrzejak, który w 2010 roku zmierzył się w decydującym starciu z Jarosławem Urbaniakiem. Kilka miesięcy przed wyborami na mieście pojawiła się klasyczna „gadzinówka” o swojskim tytule „Ostrowiak”. Można rzecz, że było to  skrzyżowanie Urbanowego „Nie”, „Faktów i mitów” i „Pudelka” podlanego „Faktem”, w którym znany w mieście były dziennikarz i skandalista walił w Urbaniaka, jak w bęben. Oficjalnie Jędrzejak nie miał oczywiście z tym nic wspólnego, ale tylko ślepy i głuchy analfabeta nie zauważyłby, w czyją trąbę dmuchał anonimowy oczywiście autor i wydawca. Oczywiście zupełnie przypadkowo, tuż przed wyborami, przygotowana została specjalna papierowa „amunicja”, ale sprawa wyciekła, zanim ewidentnie wyborcze gazetki trafiły do obiegu. Urbaniak, nie ciemię bity, skorzystał z przyspieszonego prawa wyborczego i poszedł z gazetką do sądu. Sąd nakazał konfiskatę całego wydrukowanego już i gotowego do kolportażu nakładu „Ostrowiaka”. Na tamte czasy był to precedensowy wyrok w skali kraju. Nikt nie jest w stanie autorytatywnie stwierdzić, na ile pomogło to Urbaniakowi w zwycięstwie, ale na pewno mu to nie zaskoczyło.

 

Niewinnie nazwany Informatorem Miejskim panegiryk kosztuje co miesiąc ostrowskiego podatnika kilkanaście tysięcy złotych. I to w czasach, gdy w mieście funkcjonuje kilka tytułów z długą tradycją, że o portalach i telewizjach internetowych nie wspomnę.

 

Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że kampanię wyborczą ówczesnego starosty w dużej mierze tworzyła jego wówczas rzeczniczka prasowa, Beata Klimek, dla której tamte wybory okazały się wstępem do własnej kariery politycznej.

 Dość podobny scenariusz, ale tym razem bez sądowego finału, powtórzył się w kolejnych wyborach 2014 roku, kiedy to związane z kandydującą już samodzielnie na prezydenta miasta Beatą Klimek Stowarzyszenie „Przyjazny Ostrów” zaczęło wydawać własną niby- gazetę. Trzeba przyznać, że tym razem przynajmniej było wiadomo, kto był autorem większością artykułów, gdyż ze swojego pióra skorzystał… mąż obecnej pani prezydent, były dziennikarz Przemysław Klimek. Pomysł był sprytny, bo kto mężowi zabroni żonę chwalić? Oczywiście oficjalnie nie miało to nic wspólnego z wyborami, ale… W każdym razie, po zwycięstwie żony mąż niby – gazetę zwinął po kilku numerach i tyle było burzliwej polemiki w tym temacie.

 W kończącej się powoli kadencji mamy w niby-gazetowym temacie sytuację bez precedensu. Propagandowa tuba obecnej władzy wydawana jest w wersji papierowej już od wielu miesięcy, najzupełniej oficjalnie – i to za publiczne pieniądze. Warto przypomnieć może, że niewinnie nazwany Informatorem Miejskim panegiryk kosztuje co miesiąc ostrowskiego podatnika kilkanaście tysięcy złotych. I to w czasach, gdy w mieście funkcjonuje kilka tytułów z długą tradycją, że o portalach i telewizjach internetowych nie wspomnę.

 Ostatnie tygodnie to kolejny wysyp gazetek, które przez jakiś czas będą udawać „prawdziwe” tytuły prasowe. Nie wymienię ich tytułów, żeby nie robić Czytelnikom wody z mózgu, a im niekoniecznej reklamy. Wpadły mi w ręce dwa takie wydawnictwa, a przecież niewykluczone, że będzie ich więcej.

 Czemu w ogóle zajmuję uwagę szanownego Czytelnictwa tym tematem? Ano dlatego, żeby przestrzec przed tymi i kolejnymi wyborczymi wydawnictwami udającymi gazety. Moim skromnym zdaniem, popartym może nie za długą, bo tylko około 30-letnią praktyką, nie ma mowy o dziennikarstwie, jeśli autor nie podpisuje się pod swoimi słowami i nie bierze za nie odpowiedzialności. W takim przypadku mamy do czynienia nie z dziennikarstwem, a z propagandą, która z założenia jest formą manipulacji odbiorcą. To odpowiednik internetowych trolli, którzy uważają że im wszystko wolno, bo „ciemny lud” i tak wszystko „kupi”.

Tyle tylko, że lud już u nas nie tak „ciemny” i mam jednak nadzieję, że sam będzie potrafił oddzielić ziarno od plew. Przynajmniej na papierze…   

Jarosław Wardawy

 

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie