Ucieczka z piekła Wołynia

Każda Wigilia Bożego Narodzenia to szczególny dzień dla ostrowianki Weroniki Herbeć. Świąteczny klimat zawsze przeplata się z wyjątkowo bolesnymi wspomnieniami z lat okupacji. Doświadczyła ich jako zaledwie czteroletnie dziecko. Po latach spisała je by były przestrogą dla kolejnych pokoleń.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przyszła na świat w wielodzietnej rodzinie pochodzącej z Mieleszyna koło Wielunia. Ojciec Stanisław Pisula był budowlańcem. Jego praca pozwalała na utrzymanie licznego potomstwa. Matka Balbina Pisula z domu Felusiak była gospodynią domową i zajmowała się wychowaniem dzieci. W Mieleszynie urodziło się siedmioro rodzeństwa: Franciszek, Celina, Joanna, Bronisław, Helena, Kazimierz i Teresa. W poszukiwaniu stałego miejsca zamieszkania ojciec w roku 1936 wyjechał z rodziną do Halicza, na Wołyniu. Tam zakupił ziemię i wybudował zagrodę, dom oraz obiekty gospodarcze.

Tam 25 września 1938 roku urodziła się Weronika. Była ósmym i ostatnim dzieckiem w rodzinie. Warunki życia w Haliczu były bardzo dobre. Relacje sąsiedzkie z ludnością ukraińską układały się poprawnie. Sytuacja zmieniła się po wybuchu wojny.
Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty wspomnień Weroniki Herbeć (śródtytuły pochodzą od redakcji). Dowiemy się z nich co wydarzało się w rodzinnym domu w trakcie przygotowań do wieczerzy wigilijnej 1942 roku oraz jak wyglądała zagłada Żydów z Halicza.

Zapach choinki w wigilijny poranek

Olbrzymi szmat ziemi obsiano żytem, pszenicą, jęczmieniem, owsem, prosem i lnem. Rosły też dorodne warzywa, arbuzy i dynie. Z każdego kączka płynął dostatek i radość. Taki obraz bogatej wołyńskiej ziemi pamiętali polscy osiedleńcy sprzed 1939 roku. Po napaści hitlerowskiej na  Polskę i Związek Radziecki ten obraz posmutniał. Zanikała przyjaźń polsko – ukraińska, podsycana przez  bandy  nacjonalistyczne Bandery i UPA. Młodzi mężczyźni zabierani są do wojska lub do ciężkich prac dla Niemców. Żywność i inwentarz zabiera wojsko. Nastaje głód i bieda. Olbrzymie lasy napełnione zwierzyną, która żywiła ludność, dostarczała cennych skór, teraz stały się niebezpieczne.

Ale w Wigilię w całym domu zapachniało jodłą. Zielone drzewko stanęło na środku największego pokoju. Cała rodzina była zachwycona. Dziś w nocy w stajni betlejemskiej narodzi się maleńkie dzieciątko Jezus, które przyniesie pokój na świat i powszechną miłość. Zaczęły się tańce wokół choinki, korowody i szaleństwa.  Wszystkie dzieci wieszają zabawki, pełno jest łańcuchów ze słomek, ptaszków, aniołków, koszyczków, cukierków, bombek. Mama rozpala ogień pod kuchnią, bo trzeba gotować wigilijną wieczerzę. Będzie kapusta z grochem i grzybami, kluski z makiem, kutia, zupa z suszonych owoców i ryba w różnej postaci. Mama spieszy się, ma tyle do zrobienia, a jeszcze trzeba wysłać Celinie paczkę do Niemiec, bo jej nie będzie na Wigilii. Franek jest na wojnie, będziemy się modlić, żeby wrócił zdrowy do nas. Ojciec z synami Bronkiem i Kazikiem naładowali na wóz pełno worków ze zbożem i pojadą do młyna w Rokitnie. Wrócą nim pierwsza  gwiazdka zabłyśnie na niebie.

Nieoczekiwani ,,goście’’

Dzień obudził się dziś nad wyraz spokojny. Drobniutki śnieżek leciutką pelerynką przykrył ziemię. Ptactwo domowe krzykliwie zachowuje się na podwórku, kogut wskoczył na płot  i głośno zawołał kuku-ryku! Spłoszone wróbelki sfrunęły z dachu  stodoły i stadem  odleciały na pole. Mama spojrzała w okno i powiedziała cicho ,,będzie jakaś zmiana’’. Za chwilę do mieszkania wpadły trzy ukraińskie kobiety, bardzo wylęknione, które w zawiły sposób opowiadały, że na brzegu lasu leży zabity młody mężczyzna. Prawdopodobnie Ukrainiec w innym przebraniu, posiadający różne dokumenty. To był na pewno szpieg. Zginął od niemieckiego patrolu, który poprzedzał wielką armię ciągnącą na bój pod Kijowem. Cała wieś została poruszona tym wydarzeniem.

Upłynęły może trzy godziny. Ojciec i synowie wrócili z młyna. Złożyli worki z mąką  do spichrza i weszli do mieszkania. Choinka stała w pełnej krasie, jak królowa. Mama krzątała się przy kuchni, Werusia szczęśliwa, skakała po kozetce. Odbijała się na niej jak na trampolinie, a jej długie białe loki wysoki fruwały.
Nagle drzwi do mieszkania otworzyły się i stanęło  w nich  dwóch żołnierzy niemieckich z karabinami. Po kilku zdaniach z mamą po niemiecku zabrali najstarszego Bronka i wyprowadzili  z mieszkania. W ślad za nimi wyszli rodzice. Mama rozpaczliwie protestowała po niemiecku. Na nic to się nie zdało. Żołnierze zaszli daleko. Wmieszali się w wojsko razem z bratem i rodzicami, już ich nie było widać. Osamotniona gromadka drżała z zimna i żalu przy furtce u płota.

Nagle z szeregów wojskowych wynurza się pięć osób. Idą w stronę domu. Nadzieja wraca. Zbliżają się. Słychać donośny głos zrozpaczonej matki broniącej syna. Już są blisko. Posępni i surowi żołnierze w niemieckich mundurach, a między nimi  wysmukły, przystojny i zahartowany w twardej pracy młodzieniec, duma rodziny i podpora ojca. Już tylko kilka kroków do furtki, gdzie skulone rodzeństwo drży z zimna i lęku. I co się w tym momencie dzieje? Czteroletnie dziecko, nieopierzona ptaszyna wyrywa się z gromady starszego rodzeństwa i pędzi lotem  błyskawicy do pustego domu. Wbiega do pokoju z choinką i wciśnięta pod łóżko w sam maleńki kącik oczekuje następnych zdarzeń.

Więcej w papierowym wydaniu ,,Gazety Ostrowskiej”

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie