Dziwny, samorządowy świat. Felieton

Nie ulega wątpliwości, że Paweł Rajski był bardzo dobrym szefem powiatu i łańcuch starosty należał mu się jak – za przeproszeniem – psu zupa. Za to radni z jego komitetu – niczym radna Grochowska w mieście – pokazali, że w ostrowskim samorządzie nie trzeba zbytnio przywiązywać się do wyborczych obietnic, a lojalność nie jest tutaj w politycznej cenie.

 

***

Miniony polityczno-obyczajowy weekend, poszerzony o sesyjny poniedziałek, był w Ostrowie Wielkopolskim tak ciekawy,  że koniecznie chciałbym napisać o wszystkich najważniejszych jego elementach. Tak więc po kolei.

 Wydaje mi się,  że po sobotniej wizycie w Starej Bibliotece przynajmniej trochę zrozumiałem na czym polega „fenomen” popularności Roberta Biedronia. Tego gościa po prostu nie da się nie lubić, zwłaszcza po osobistym spotkaniu. Przyznam, że chyba nigdy nie widziałem w naszym Ostrówku kochanym takich tłumów na odbywającym się w zamkniętym pomieszczeniu spotkaniu – jak by nie było – politycznym.  A już na pewno nie widziałem nigdy tak wielu młodych twarzy. Nic to, że spora część z nich to „biedroniowi pielgrzymi”,  którzy jeżdżą po Polsce za swoim guru. To akurat wiedzą wszyscy uczestnicy spotkania w Ostrowie, bo Biedroń nie omieszkał wypytać uczestników, skąd przyjechali.

Zdecydowana większość polskich polityków mogłaby uczyć się od bohatera wieczoru dystansu do siebie i nawiązywania bezpośrednich relacji. Już po paru chwilach na spotkaniu z Biedroniem można się było poczuć, jak na wieczorze autorskim, albo spotkaniu z celebrytą. Mnie jednak bardziej skojarzyło się to ze zbiorowym seansem z jakimś polskim Kaszpirowskim,  skutecznie hipnotyzującym tłumy. Dla młodszej części szanownego czytelnictwa śpieszę przypomnieć,  że Anatolij Kaszpirowski był znanym w Polsce na początku lat   90. bioenergoterapeutą (albo picerem – jak kto woli), który zdobył gigantyczną popularność dzięki swoim umiejętnościom prezentowanym na masowych seansach, transmitowanych przez publiczna telewizję. Do dziś pamiętam jego zimne oczy i słynne „adin, dwa,  tri,  cziertyrje” z głośnika , za pomocą którego potrafił milionom Polaków wmówić, że wystarczy postawić przed ekranem butelkę kranówki, by nabrała cudownych, ozdrowieńczych mocy.

Biedroń niczego ludziom nie wmawiał,  bo przyjechał słuchać, a nie gadać. W ten sposób sprytnie się maskował, czyniąc ze swojej słabości w postaci braku pomysłu na program swojego budowanego ugrupowania,  swój największy atut: wsłuchiwanie się w to, co ludzie mają do powiedzenia. No i zrobił tak ostrowski Hyde Park, w którym każdy mógł powiedzieć, co mu leży na wątrobie. Udowodnił,  że ma ewidentny czar i urok osobisty i że potrafi to wykorzystać.

 Ale koniec już tych Biedroniowych „zachwytów”, bo to wszystko nijak się ma do realnej,  twardej polityki, do której Biedroń się przymierza. Tak naprawdę, to Biedroń niestety niewiele ma do zaoferowania, poza spisaniem postulatów swoich słuchaczy i mglistą obietnicą zbudowania na tej bazie programu swojej przyszłej partii. Robert Biedroń nie wygra tym ani z Kaczyńskim, ani z Tuskiem, których obu serdecznie nie cierpi, a już na pewno przegra z… niejakim D’Hontem – a konkretnie z jego metodą. Obowiązująca w Polsce ordynacja przewiduje bowiem system przeliczania zdobytych głosów ewidentnie faworyzujący duże ugrupowania.  A wtedy będą ogromne kłopoty z przekroczeniem 5-procentowego progu wyborczego i koniec jego pięknego (?) snu o wielkiej zmianie w polskiej polityce. 

 W poniedziałek mieliśmy w Ostrowie do czynienia z podwójnym maratonem sesyjnym, bo swoje inauguracyjne posiedzenia miały obie rady: miasta i powiatu. W mieście obyło się bez niespodzianek. Beata Klimek bezwzględnie wykorzystała zdobytą większość w radzie, co zaowocowało nie tylko powrotem na krzesło przewodniczącego Jarosława Lisieckiego, ale także wyborem Zygmunta Banasiak i Elżbiety Grochowskiej (tak, tej samej która przeszła na stronę prezydencką jeszcze zanim złożyła ślubowanie). Czy to przypadek,  że każdy z tej trójki zmienił swoje polityczne zapatrywania i poparcie przed, albo w trakcie kadencji, niech każdy odpowie sobie sam. Obsada kierownictwa rady miejskiej pokazuje,  że to się po prostu politycznie opłaca.

 Oprócz tego, na sesji poznaliśmy zapowiedź tego, co zapewne będziemy słyszeć często w rozpoczynającej się kadencji. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że prezydent Beata Klimek będzie jak mantrę powtarzać przez kolejnych pięć lat tezę, że trzeba popierać jej program, bo zagłosowało na niego 2/3 ostrowian.

 Podobna śpiewka była też i na powiatowej sesji. Nie ulega wątpliwości, że Paweł Rajski był bardzo dobrym szefem powiatu i łańcuch starosty należał mu się jak – za przeproszeniem – psu zupa. Za to radni z jego komitetu – niczym radna Grochowska w mieście – pokazali, że w ostrowskim samorządzie nie trzeba zbytnio przywiązywać się do wyborczych obietnic, a lojalność nie jest tutaj w politycznej cenie. Bo tak naprawdę, czym się różnią miejscy radni: Lisiecki, Malik, Śliwiński, od radnych którzy zdobyli mandat z Koalicji Obywatelskiej,  a potem z niej praktycznie wystąpili, spalając  lojalność wobec wyborców na koalicyjnym ołtarzu porozumienia z PiS-em? Ufny niezmiennie w inteligencję Czytelników, to pytanie również pozostawię do rozważenia we własnym sumieniu.

 A za starostą Rajskim powtórzę na koniec fragment refrenu słynnej pieśni Czesława Niemena: tak, „dziwny jest ten świat”. Zwłaszcza w ostrowskim samorządzie.

Jarosław Wardawy

 

 

 

Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie