FELIETON: Futbolowe po-rachunki, czyli anatomia klęski

Tak, jak lubię i szanuję rozmowy Moniki Olejnik w „Kropce nad i”, tak nie mogłem zdzierżyć, jak zaprosiła do studia Marylę Rodowicz i razem zaczęły „analizę” naszej reprezentacji i przeciwników. Wytrzymałem jakieś 3 minuty, ale kiedy Madam Maryla zaczęła szukać przyczyn wygranej Senegalu w tym, że „oni byli lepiej zbudowani”, nie zdzierżyłem i wyłączyłem telewizor.

fifaworldcup-rosja2018

 

***

Powiem szczerze: po odpadnięciu w fatalnym stylu reprezentacji Polski z mundialu jestem wściekły! Najbardziej na siebie, że wbrew wielu sygnałom znowu dałem się  ponieść duchowi irracjonalnej, narodowej wiary w sukces, który nie miał prawa nastąpić. Wbrew rozsądkowi, realiom, wbrew logice. Graliśmy, jak nigdy, a skończyło się jak zawsze na Mistrzostwach Świata, czyli – oprócz prehistorycznych czasów drużyn Górskiego i Piechniczka – meczem otwarcia, potem meczem o wszystko i na koniec meczem o honor. O ten ostatni może być najtrudniej.

 Nie przyjmuję do wiadomości, że kibic musi być z drużyną na dobre i na złe, nawet kiedy jego drużyna gra, jakby jej nie zależało na zwycięstwie. W Rosji zawiedli wszyscy: liderzy, trener, logistyka i wiele innych czynników. Ten, kto wybrał Soczi z 30-stopniową temperaturą i olbrzymią wilgotnością, jako naszą bazę przygotowań w czasie turnieju w Rosji, powinien natychmiast zostać wyrzucony na zbity pysk. I tak mógłbym mnożyć przykłady.

 Przegraliśmy te mistrzostwa nie tyle meczem z Kolumbią, która była po prostu o kilka klas od nas wyżej, tylko spotkaniem z Senegalem – przeciętną drużyną, która i tak okazała się o wiele lepsza od nas. Polskim piłkarzom zabrakło jaj, wiary w siebie, a przede wszystkim piłkarskiej jakości. Przynajmniej w tym jednym zgodzę się z Robertem Lewandowskim, który przez dwa pierwsze mecze sprawiał wrażenie, jakby myślami był nie w Rosji, tylko podczas podpisywania nowego kontraktu.

 No dobrze, jeszcze w jednym zgodzę się z „Lewym”: ta reprezentacja wycisnęła z siebie i tak nie 100 %, tylko 110 % możliwości, czego najlepszym przykładem były udane Mistrzostwa Europy. Ten sukces, poparty trudnymi do zrozumienia nadzwyczaj wysokimi notowaniami Polski w rankingu FIFA, uśpił naszą kibicowską czujność. Tyle tylko, że do Rosji przyjechali zupełnie inni zawodnicy, choć w większości z tymi samymi nazwiskami na plecach. Nie dość, że starsi o dwa lata, to dotknięci ciężkimi kontuzjami (Błaszczykowski, Milik, Piszczek, że o Gliku nie wspomnę), a przede wszystkim z dużymi kłopotami z grą w swoich macierzystych klubach. Tam byli „w gazie”, rozegrani, z czuciem piłki, z pomysłem na grę, tu – czyli w Rosji – tego wszystkiego zabrakło.

Wstyd przyznać, ale statystyki nieubłaganie wskazują, że Polska reprezentacja była jedną z najsłabszych drużyn w fazie grupowej mundialu, o ile nie najsłabszą z wszystkich. Z szacunkiem i trochę z zazdrością patrzyłem, jak Irańczycy utarli nosa Cristiano Ronaldo i całej Portugalii, o mały włos nie wyrzucając ich za burtę całego turnieju. Ręce składały się do oklasków, widząc, jak niesamowicie walczące Maroko omal nie ograło dumnej Hiszpanii. Mam wymieniać dalej?

 W narodzie rozpoczęło się rozpamiętywanie klęsk, a brali się za to chyba wszyscy, nawet ci, którzy nie powinni tego robić. Tak, jak lubię i szanuję rozmowy Moniki Olejnik w „Kropce nad i”, tak nie mogłem zdzierżyć, jak zaprosiła do studia Marylę Rodowicz i razem zaczęły „analizę” naszej reprezentacji i przeciwników. Wytrzymałem jakieś 3 minuty, ale kiedy Madam Maryla  zaczęła szukać przyczyn wygranej Senegalu w tym, że „oni byli lepiej zbudowani”, nie zdzierżyłem i wyłączyłem telewizor.

Popis dziennikarskiej „obiektywności” dała też TVPiS, która nawet do materiału o wspaniałych polskich kibicach potrafiła na chama wrzucić politykę. W ich materiale najpierw były rozmowy z rozentuzjazmowanymi polskimi kibicami, a potem – ni z gruchy, ni z pietruchy – pojawiła się wstawka w stylu „nie wszystkim podoba się polskie kibicowanie, na przykład pani Jandzie” i dawaj najeżdżać na aktorkę i za chwilę na „Wyborczą”, która ośmieliła się wątpić w nasze potencjalne sukcesy. Co ma piernik do wiatraka, wie chyba tylko prezes Kurski i jego ludzie.

 Piszę te słowa przed ostatnim meczem z Japonią i jak do tej pory zauważyłem tylko jedną iskierkę nadziei na przyszłość. To młode pokolenie piłkarzy, którzy wchodzą dopiero w wielką piłkę. Będziemy jeszcze mieli pociechę z Kownackiego, Bereszyńskiego, Bednarka i tych, którzy do nich nieuchronnie dołączą, bo inaczej być nie może.

 Na koniec powiem może coś zaskakującego: mimo wszystko, chciałbym, żeby na piłkarskie salony (o ile nas na nie wpuszczą), wprowadzał ich trener Adam Nawałka.  To on wycisnął z tej reprezentacji owe 110 %, o których mówił „Lewy”, to dzięki niemu zagraliśmy dobre Mistrzostwa Europy, to za jego kadencji pierwszy raz wygraliśmy z Niemcami. Za to należą mu się słowa podziękowania.

 Może więc nie wszystko trzeba będzie zaczynać od zera, może jeszcze piłkarze dadzą nam trochę nowej radości. Tylko, że teraz nie dam się już nabrać na narodowy huraoptymizm i nadzieje bez pokrycia. Szkoda moich i Państwa nerwów.   

Jarosław Wardawy

 

Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie