Jak się nie ma co się lubi… FELIETON

Warto zadać sobie trochę trudu i wykorzystać własny rozum do podjęcia świadomej decyzji wyborczej. Pamiętając przy tym, że jeśli rzeczywiście będzie ona świadoma i – nomen omen – rozumna, to i z sumieniem nie będziemy mieli problemu.

Za mniej niż miesiąc odbędą się wybory samorządowe. To będą już moje piąte wybory i za każdym razem – być może z uporem godnym lepszej sprawy – powtarzam, że to wybory najważniejsze ze wszystkich.

Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta: bo to właśnie wybory samorządowe mają największy wpływ na nasze codzienne życie, w naszych wsiach, miastach i miasteczkach. Owszem, zwłaszcza obecna kadencja sejmowa przekonuje, że kształt sejmowej większości ma również na nas duży wpływ, że prezydent (choć obecnie to może nie najlepszy przykład) też ma dużo do powiedzenia w polskiej konstrukcji sprawowania władzy, ale to właśnie samorządowcy: prezydent miasta, radni, bezpośrednio i na co dzień decydują, które drogi zostaną wykonane, na które inwestycje pójdą nasze podatki, a które będą musiały poczekać. Dlatego raz jeszcze powtórzę: idźmy na wybory samorządowe i głosujmy zgodnie z własnym sumieniem, sercem – ale być może przede wszystkim – według tego, co podpowiada nam rozum.

 W polityce tak już jest – niestety – że rozum nie jest atrybutem, który jest najchętniej wykorzystywany. Politycy każdej opcji wiedzą o tym doskonale i dlatego tak często odwołują się do naszych emocji, sympatii, a rzadziej do rozumu, bo to przecież trudniejsze i bardziej ryzykowne. A szkoda, bo to chyba jedyne obiektywne kryterium, nawet jeśli tak rzadko wykorzystywane.

Warto zadać sobie trochę trudu i wykorzystać własny rozum do podjęcia świadomej decyzji wyborczej. Pamiętając przy tym, że jeśli rzeczywiście będzie ona świadoma i – nomen omen – rozumna, to i z sumieniem nie będziemy mieli problemu.

 No dobrze, ale jak tyle dziś o tym rozumie, to trzeba zadać pytanie: jak go wykorzystać do świadomej decyzji wyborczej? Odpowiedź na to pytanie również nie jest trudna: do czytania i zastanowienia się nad programem kandydata. Każdy z nas może sam ocenić, czy jest on  – jego zdaniem – ciekawy, korzystny dla lokalnej społeczności i realny do spełnienia. Nie da się tego wymierzyć, wyskalować, ale zawsze można przemyśleć i dojść do własnych wniosków. To właśnie nazywam wyborczym używaniem rozumu i do tego Państwa serdecznie zachęcam i zapraszam.

 Bo używanie rozumu do podejmowania wyborczych decyzji ma jednak  – wbrew pozorom – sens. Kilka dni temu stoczyłem słowną batalię z pewnym znajomkiem, którego lubię i cenię. W pewnej chwili rozmowa zeszła oczywiście na lokalną politykę i na wybory samorządowe. Z niejakim zdumieniem wysłuchałem, jak znajomy oznajmił mi, że w ogóle nie pójdzie na wybory, bo nie ma na kogo głosować, gdyż żaden z ostrowskich kandydatów na prezydenta nie spełnia jego oczekiwań. Zdziwiłem się mocno, bo wiem, że mój rozmówca to człek rozsądny i interesujący się bardzo lokalną społecznością: ot, taki typowy lokalny patriota, zaangażowany w sprawy społeczne. Przez kilka ładnych minut próbowałem go przekonać, że taka postawa nie ma sensu. Nie przekonywałem do żadnego konkretnego kandydata, ale starałem się powiedzieć, że także w samorządzie „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Przecież w wyborach nie ma opcji zerowej, nie ma opcji „bez prezydenta”. Obojętnie, co myślimy o czworgu zarejestrowanych kandydatach, to właśnie jeden z nich będzie już za miesiąc z okładem rządzić naszym miastem, podejmować ważne również dla nas decyzje. Dlatego właśnie opcja „nie głosuję, bo nie mam na kogo” nie ma żadnego sensu. Głosuję i wybieram tego, kto jest najbliżej moich poglądów na miasto, na tego, do którego jest mi najbliżej, a nie na jakiś wyimaginowany ideał, którego notabene nie było i nie będzie. 

Finał był taki, że następnego dnia kolega zadzwonił i powiedział: przemyślałem i sprawę i zagłosuję. Nie wiem jeszcze, na kogo, ale zagłosuję. Powiedział to, bo użył swojego rozumu, a przy okazji ja mogłem się cieszyć z maleńkiego, wyborczego sukcesu, bo udało mi się przekonać jednego ostrowskiego wyborcę do świadomej, przemyślanej decyzji.

 Skłamałbym, gdybym tutaj napisał, że któryś z ostrowskich kandydatów porwał mnie, zauroczył, tak zaimponował swoim programem, że krzyknę tylko „wodzu prowadź” i będzie po sprawie. Ale wiem na pewno, że pójdę na te wybory i zagłosuję na tego, do którego będzie mi najbliżej.

Do czego i Państwa serdecznie, po obywatelsku, po ostrowsku, zachęcam.

Jarosław Wardawy  

 

 

Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie