Jimiway nie zawiódł publiczności

Przez dwa dni publiczność 22. edycji festiwalu Jimiway cieszyła się swoją muzyką i niezwykłą atmosferą muzycznego święta w Ostrowie Wielkopolskim. Najjaśniejszą gwiazdą był niewątpliwie Curtis Salgado, który zagrał bardzo urozmaicony stylistycznie koncert. Klasą dla siebie były również nocne jam sessions dla tych, którym ciągle była mało muzyki. 

 

Nie od dziś wiadomo, że ostrowski Jimiway to nie tylko wydarzenie muzyczne, ale również- a dla niektórych nawet przede wszystkim – okazja do spotkania towarzyskiego. Przez ponad 20 lat festiwalowej działalności Benka Kunickiego i jego współpracowników z Towarzystwa Adoracji Bluesa i Rocka impreza doczekała się już swojej marki i wiernej publiczności, nie tylko z Ostrowa. To jedna z tych imprez w Ostrowie robionych przez pasjonatów, ludzi kochających muzykę i dlatego publiczność tak chętnie tu wraca. Podobnie było i w tym roku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Piątkowe bluesowanie

O koncercie zespołu Why Ducky, który w piątek otworzył tegoroczny festiwal Jimiway, można powiedzieć w zasadzie tyle, że się odbył. Znamienne jest, że jego najjaśniejszym punktem był gościnny występ… Benka Kunickiego. Pomysłodawca i organizator całego festiwalu przypomniał, że przez wiele lat sam był czynnym muzykiem, śpiewając w pamiętanym do dziś zespole Fire Band. Kunicki zaśpiewał dwa utwory (w tym jeden z młodą ostrowską wokalistką Natalią Janowską) swojego byłego zespołu, pokazując, że blues nie zna granicy wieku, aż się niektórym łezka w oku zakręciła.

Festiwal Jimiway rozpoczął się na dobre z koncertem grupy poznańskiej grupy Soul Revision. Choć zespół istnieje dopiero dwa lata, to jego wybuchowa mieszanka doświadczonych muzyków i młodych adeptów bluesa dała w Ostrowie świetny efekt. Głównie za sprawą front mana Krzysztofa Rybarczyka, występującego jako Dr Blues, który znakomicie czuje się na scenie. Bogaty skład z rozbudowaną sekcją dętą też robił swoje, tym bardziej, że zespół nie ogranicza się bynajmniej tylko do bluesa. Były więc liczne domieszki soulu, rythm&bluesa. Szkoda tylko, że zespół zagrał wyłącznie standardy, bo czas na własny repertuar.

Gwiazdą piątkowego wieczoru, pierwszego dnia Jimiwaya, był amerykański gitarzysta i wokalista Nick Moss. Artysta znajduje się chyba w życiowej formie, bo w tym roku jego płyta „Here I Am” została nominowana do Blues Music Award w kategorii Rock Blues Album. Do Ostrowa przyjechał z własnym bandem, w którym szczególną uwagę zwracał naprawdę ciekawy wokalista.

Koncert Nicka Mossa z zespołem był cokolwiek dziwny. Z jednej strony nic nie można mu zarzucić. Moss prezentował nienaganną technikę, grał z wielką ekspresją i wyczuciem, z drugiej jednak strony nie porwał publiczności, która tłumnie wypełniła salę Ostrowskiego Centrum Kultury. To był dobry, międzynarodowy poziom, ale na więcej trzeba było jeszcze podczas Jimiwaya poczekać.

 

Jam session do rana

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Przedsmak tego, co miało czekać publiczność w sobotę, dało tradycyjne jam session. Na małej scenie, w jednym zaimprowizowanym składzie, pojawili się wszyscy najważniejsi zagraniczni muzycy ostrowskiego festiwalu, z Nickiem Mossem na gitarze i Curtisem Salgado na wokalu i z harmonijką. To był chyba najjaśniejszy punkt pierwszego dnia festiwalu. Fantastyczna, nieskrępowana atmosfera, radosna bliskość obcowania z muzyką i artystami grającymi dosłownie w zasięgu ręki trwała w tym składzie do trzeciej nad ranem, a publiczności nadal było mało!

 

Król był jeden

Sobota na Jimiwayu rozpoczęła się podobnie, jak pierwszy dzień festiwalu. Z koncertu Szulerów dała się zapamiętać jedynie urocza, choć bardzo stremowana, wokalistka. Ze sceny chwilami wiało wręcz nudą, przerywaną solowymi popisami wyraźnie wyróżniającego się klawiszowca.

Prawdziwe granie zaczęło się dopiero z pojawieniem się na scenie Sławka Wierzcholskiego i Nocnej Zmiany Bluesa. To była już zupełnie inna muzyczna klasa. NZB pokazała, że ten jeden z najstarszych czynnych nadal polskich zespołów tego gatunku zalicza się wciąż do ścisłej krajowej czołówki. Zespół świętuje właśnie 30-lecie działalności, stąd ostrowski koncert był przekrojowy i składał się z najbardziej znanych utworów tej sympatycznej i bardzo profesjonalnej załogi. Luz i obycie sceniczne Sławka Wierzcholskiego oraz nieprzeciętne umiejętności muzyczne złożyły się na fakt, że był to jeden z najjaśniejszych punktów całego festiwalu.

Jednak bezapelacyjnie jego zwieńczeniem i kulminacją był koncert Curtisa Salgado z zespołem. Nie bez powodu, bo Salgado to nieprzeciętny artysta, mający na swym koncie współpracę z szeregiem największych muzyków różnych gatunków. Jego koncert był niezwykle urozmaicony. Były więc przepiękne soulowe ballady, ale także ostre riffy chicagowskiego bluesa. W zależności od repertuaru, Curtis Salgado z zespołem raz brzmiał jak zespół samego BB Kinga, by za chwilę prezentować już popisy w stylu Joe Cockera. Salgado nie kokietował ostrowskiej publiczności tanimi dialogami ze sceny. To była duża dawka znakomitej muzyki w najlepszym wykonaniu.

Będzie wywiad

Co więcej, Curtis Salgado okazał się nie tylko znakomitym muzykiem, ale również bardzo ciekawym człowiekiem. Jako jedynej lokalnej redakcji udało się nam przeprowadzić z nim długi i bardzo ciekawy wywiad, w którym artysta opowiadał między innymi o swoim podejściu do muzyki, własnych doświadczeniach, opisywał spotkania z legendami gatunku z Blues Brothers i wielu innymi. Wrócimy więc do niego w jednym z kolejnych wydań „Gazety Ostrowskiej”, która tradycyjnie sprawowała patronat medialny nad festiwalem Jimiway.

 Tekst i foto : Jarosław Wardawy   

Zobacz galerię zdjęć

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie