Komeda to był geniusz

O inspiracjach i fenomenie twórczości Krzysztofa Komedy, polskiej scenie jazzowej, popularności jazzu w Polsce i muzycznych Fryderykach, z WŁODZIMIERZEM PAWLIKIEM – jedynym polskim zdobywcą najważniejszej muzycznej nagrody na świecie – Grammy Award – rozmawia Jarosław Wardawy.

 pawlik@

Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że „kocha grać”. Z tym trzeba się urodzić, czy to przychodzi z czasem?

Włodzimierz Pawlik – Trzeba mieć przede wszystkim predyspozycje do muzyki, żeby granie nie sprawiało trudności. Czasami bywa tak, że zdarzają są ludzie, którzy uwielbiają muzykę, nie mogą żyć bez jej słuchania, ale nie mają zdolności do jej grania.

Co jest w graniu najważniejsze?

- Wiadomo: poczucie rytmu, słuch muzyczny, ale także pamięć muzyczna, bo nie jest łatwo zagrać z pamięci kilkadziesiąt minut muzyki. Te trzy cechy trzeba mieć, żeby granie muzyki i ćwiczenia sprawiały przyjemność. Wydaje mi się, że mam te trzy cechy i dlatego granie na fortepianie sprawia mi wciąż wielką frajdę.

Zawsze tak było u Pana czy przyszło z czasem?

- Z muzyką jestem związanyod wczesnego dzieciństwa. Urodziłem się w domu pełnym muzyki, bo oboje moi rodzice byli zawodowymi muzykami. Mój tato był skrzypkiem, prowadził orkiestry dęte, pisał utwory i je aranżował. Mama z kolei śpiewała w pierwszym składzie słynnego zespołu „Śląsk” i grała na skrzypcach. Otoczenie predysponowało mnie do tego, żeby grać i dlatego już od wczesnego dzieciństwa muzyka była dla mnie czymś ważnym. I tak jest do dziś.

A jak ważna jest dla Pana muzyka tworzona do filmów?

- Gdy chodzi o ważne filmy, to i muzyka do nich jest ważna…

Dobrze Pan trafił, bo skomponował Pan muzykę do kilku naprawdę dobrych polskich obrazów, jak „Rewers” czy „Wrony”…

- To nie jest przypadek, bo propozycje pisania muzyki do złych filmów po prostu odrzucam. Najlepiej, jak zgłaszają się do mnie reżyserzy, którzy lubią moją muzykę spoza mojej działalności filmowej. Często są to wybitni reżyserzy, jak: Dorota Kędzierzawska, Borys Lankosz , Peter Greenaway czy Marleen Gorris i cieszę się, że chcieli w swoich filmach moją muzykę.

Na jakim etapie powstawania filmów zaczyna Pan pisać muzykę? Czy już po przeczytaniu scenariusza, czy może dopiero później, gdy Pan lepiej pozna film?

- Jest taka generalna zasada, że producenci czy reżyserzy, trafiają do kompozytorów muzyki filmowej, gdy jest już gotowy scenariusz. Nie można jednak generalizować, bo są wyjątki. Film to gra zespołowa. Z mojej perspektywy zasada jest prosta: zaczynam pisać na etapie scenariusza,  potem kontynuuję pisanie na etapie pierwszych zdjęć. Taśma z takimi pierwszymi, jeszcze niezmontowanymi zdjęciami, jest dla mnie przewodnikiem do pisania muzyki – oczywiście oprócz wskazówek i uwag reżysera. Trzeba pamiętać, że plan filmowy jest przygotowany i rozpisany w najdrobniejszych szczegółach, minuta po minucie. Kompozytor dostaje taką „mapę drogową” i według niej układa dźwięki. Pisanie muzyki filmowej to zawsze sztuka kompromisu, dogadywania się kompozytora z reżyserem i scenarzystą.

Muzyka filmowa to jednak w Pańskiej twórczości tylko dodatek.

- Z jednej strony, tak rzeczywiście jest, ale z drugiej strony uzbierał się dość pokaźny dorobek. Ja się specjalnie nie staram o nowe zlecenia filmowe, ale napisałem już muzykę do kilkunastu filmów.

Rozmawiamy w mieście, gdzie dużo i często pojawia się nazwisko Krzysztofa Komedy, podczas festiwalu muzyki filmowej jego imienia. Czy dla Pana Komeda to głównie kompozytor filmowy, czy raczej kompozytor jazzowy?

- Krzysztof Komeda wymyka się prostym schematom. To był wielki muzyk: nie jazzowy, nie filmowy, tylko po prostu muzyk, który miał niewyobrażalny talent. Urodził się w Polsce, ale jego wizje muzyczne i talent przekraczały granice – i to zarówno te artystyczne, jak i polityczne. Nie zapominajmy, że w latach 50. i 60., gdy przyszło mu tworzyć, Polska była za „żelazną” kurtyną. Niezależnie, czego się dotknął, pozostawiał po sobie coś pięknego i szlachetnego, obojętnie, czy to był jazz, czy muzyka filmowa, czy nawet piosenka. „Za dzień, za dwa”, czy moja ulubiona piosenka „Ja nie chcę spać, ja nie chcę umierać” to coś pięknego. My, Polacy, zdajemy sobie tego sprawę dopiero z czasem. Jego dzieła same się bronią.

Użyje Pan słowa „geniusz” wobec Komedy?

- Tak, Komeda to był geniusz. Jego jazzowe dokonania do dziś są inspiracją między innymi dla mnie. Jego muzyka się nie starzeje, ciągle jest jej brak i może dlatego jest ciągle świeża i naturalnie potrzebna. To jest właśnie przykład fenomenu Komedy, który wymyka się schematowi kompozytora, który żył i tworzył tu i teraz. To jest przywilej naprawdę wielkich artystów, a Komeda takim artystą niewątpliwie był.

Czy Komeda to artysta, który nadal inspiruje kolejne pokolenia młodych kompozytorów i muzyków?

- Oczywiście, że tak. Jego muzyka funkcjonuje na czasami słabej jakości taśmach, nie ma na rynku profesjonalnej edycji jego nut, a mimo to ta muzyka żyje i nadal inspiruje. Z tych strzępów jego twórczości ludzie czerpią inspirację do swojej działalności. Przykładem może być mój syn, bardzo dobry muzyk i kompozytor jazzowy, który nazwał swój zespół „Katorna” od jednego z utworów Komedy.

Oprócz wielkiego talentu, Komeda miał chyba sporo szczęścia w swoim artystycznym życiu.

- Komeda w najlepszym swoim momencie w życiu związał się z Romanem Polańskim, dzięki czemu mógł wyjechać z komunistycznej Polski i znalazł się w filmowym centrum świata. To była wielka szansa, którą wspaniale wykorzystał.

Komeda, Polański, Hłasko, Osiecka – to było wspaniałe pokolenie polskich twórców…

- To „piękni dwudziestoletni”, pokolenie straceńców, ludzi zbuntowanych, ale jednocześnie piekielnie zdolnych. Oni się odszukali, odnaleźli i razem tworzyli, inspirowali się nawzajem.

Komeda przeżywa w Polsce renesans popularności. Różne miasta licytują się wzajemnie, odnosząc się do jego życiorysu. Widzi Pan w tym coś złego?

- Wręcz przeciwnie, to bardzo dobrze, że miasta przypominają sobie o Komedzie, odwołując się do twórczości naszego muzyka. To niezmiernie ważne, bo to są nasze wartości, nasze „ogrody”, na które trzeb chuchać i dmuchać, bo nikt tego za nas nie zrobi. Poprzez takich artystów, jak Komeda, głębiej i pełniej odczuwamy naszą polskość, przynależność do naszej kultury, lepiej rozumiemy nasze miejsce na ziemi. Tacy artyści, jak Komeda, Chopin, Gombrowicz to ambasadorowie polskości w świecie.

Skoro Komeda nadal Pana inspiruje, to czy nagrałby Pan płytę ze swoimi interpretacjami jego twórczości?

- Nie, bo nagrywam swoją muzykę. Czasem grywam innych, ale generalnie nie posiłkuję się innymi twórcami.

A inne Pańskie inspiracje, kogo by Pan wymienił?

- Inspiruje mnie bardzo wielu muzyków, zarówno jazzowych, jak i klasycznych: Chopin, Paderewski.

Paderewski inspiruje Pana jako człowiek czy jako muzyk?

- Nie można tego zupełnie oddzielić, ale głównie jako muzyk. Nie wszyscy wiedzą, że to właśnie Paderewskiemu zawdzięczamy w dużej mierze zachowanie dorobku Chopina. To Paderewski zebrał i wydał wszystkie dzieła Chopina i cały świat dziś z tego korzysta. Nie zapominajmy, że Paderewski oprócz tego, że był wielkim politykiem, był również wielkim muzykiem. W swoich czasach był popularny w USA,  niczym Michael Jacksson. Już na początku XX wieku sprzedawano kubeczki i zdjęcia z jego podobizną, a gdy grał w Medison Square Garden w Nowym Jorku, to słuchało go 50 tysięcy ludzi.

Kogo jeszcze postawiłby Pan w pierwszym rzędzie swoich muzycznych inspiracji?

- Strawińskiego, Prokofiewa, Bartoka, Debussego, Bacha i wielu innych.

Wymienił Pan nazwiska samych kompozytorów muzyki klasycznej, żadnego nazwiska artysty jazzowego.

- Te dwa światy muzyczne się nawzajem przenikają. Inspiracje, które działają w pewnym momencie. Co innego mnie inspirowało w wieku 20 lat, co innego teraz. Lista moich jazzowych inspiracji jest bardzo długa; od Theoloniusa Monka, Louis’a Armstronga, przez Gilla Evansa, Franka Sinatrę, po Miles’a Davis’a i Janis Jopplin.

Wszyscy pytają z pewnością Pana o nagrodę Grammy, ale ja zapytam o Fryderyki. Najważniejsza polska nagroda muzyczna nawet nie zauważyła płyty „Night in Calisia”, czego nie omieszkał Pan im wypomnieć. Ceni Pan polskie Fryderyki?

- Fryderyki są, jakie są, i wie o tym każdy w polskim środowisku muzycznym. Jeśli ktoś uważa, że to są uczciwe nagrody, to jego sprawa. Gdyby te nagrody coś dawały muzykom, którzy je otrzymują, to Fryderyki cieszyłyby się innym poszanowaniem.

Czy jazz w Polsce ma się dobrze, jak słyszymy dookoła? Są wspaniałe festiwale, przyjeżdżają do nas najlepsi muzycy, nie brakuje polskich indywidualności, więc pytanie chyba tym bardziej na miejscu…

- Jazz w Polsce świetnie się przyjął. To jazzowe ziarno padło w Polsce na podatny grunt, także dlatego, że Polacy kochają Amerykę. W innych krajach europejskich, jak choćby w Niemczech czy Francji, już tak nie jest. Jazz traktowany jest tam po macoszemu, jako muzyka niszowa, często w jakimś lewackim, kontrkulturowym kontekście. W Polsce jest inaczej. Jazz ma posmak elitarny, prestiżowy. Jest u nas grupa słuchaczy, która potrzebuje czegoś więcej niż tylko muzycznej papki płynącej z mainstreamowych mediów. Jazz na to zasługuje, bo to prawdziwa muzyka XX wieku. Na pewno nie Strauss, nie Mahler, tylko właśnie jazz.

Zaryzykowałby pan stwierdzenie, że jazz będzie słuchany za 50 czy 100 lat?

- Będzie, na pewno będzie. Jeżeli dziś rozmawiamy o muzyce Komedy z perspektywy 50 lat, to za 50 lat będziemy rozmawiać o dzisiejszych twórcach. Jeżeli Lady Gaga nagrywa płytę z Tony Bennetem i dostaje za to Grammy, to jazz na pewno przetrwa.

Na koniec muszę jeszcze zapytać Pana o Filharmonię Kaliską. Czy naprawdę mamy za miedzą tak dobry zespół, jak się o nim mówi?

- To wspaniali muzycy, znakomicie się z nimi współpracuje. Nagroda Grammy dała im niesamowity bodziec do dalszej pracy i powiększania swoich umiejętności. Grałem z nimi wielokrotnie, ostatnio w Sali Kongresowej i spisywali się znakomicie. To bardzo profesjonalny zespół, z którym świetnie się gra każdemu muzykowi.

Dziękuję za rozmowę. 

 IMG_9748Włodzimierz Pawlik podczas koncertu w Ostrowie Wielkopolskim, na finał 4. Festiwalu Filmowego im. Krzysztofa Komedy

Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie