Kraj bliski i daleki

Prostota ludzi, ich dobre serca, gościnność i wiara, którą przechowali mimo kilkudziesięciu lat sowietyzacji – to najbardziej ,,pociąga” w Białorusi ks. Zdzisława Pietraszewskiego. Spędził tam jako misjonarz 11 lat. Miał okazję poznać od podszewki życie w kraju, który dla wielu Polaków pozostaje jednym z najbardziej tajemniczych, choć jest naszym sąsiadem.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Święcenia kapłańskie przyjął z rąk arcybiskupa Jerzego Stroby w 1985 roku. Potem przez cztery lata był wikariuszem w parafii NMP Królowej Polski w Ostrowie. W tym czasie poprosił o wyjazd na misje. Kilku jego kolegów z roku pracowało już w odległych stronach świata. On trafił najbliżej. Otrzymał propozycję podjęcia pracy duszpasterskiej na Białorusi. Zgodził się.

 

Czapka z Afganistanu

 

Przez miesiąc brał udział w specjalnym kursie przygotowawczym, organizowanym przez Zespół Pomocy Kościelnej dla Katolików na Wschodzie. 4 grudnia 1994 roku przybył na Białoruś. Miesiąc później został przez arcybiskupa mińsko – mohylewskiego kardynała Kazimierza Świątka mianowany na stanowisko proboszcza w Nowym Pohoście, na północnych krańcach kraju. Tereny te przed 1939 rokiem należały do Polski choć do Białegostoku jest stamtąd 600 km.

- Trafiłem w inne klimaty, inny świat. Spędziłem tam cztery lata. Najcenniejszą pamiątką z tego okresu jest krzyż, który ocalał z pożaru szkoły, po trafieniu pociskiem w czasie wojny. Woźny go zdjął i schował, a potem oddał mi. Towarzyszy mi wszędzie. Chodząc po kolędzie, zdobyłem jeszcze inną pamiątkę. To czapka, w jakiej jeden z wiernych służył w Afganistanie. Jest na niej czerwona gwiazda, sierp i młot, a także nazwisko tego żołnierza – Bujnicki, które wskazuje na polskie korzenie – wspomina ks. Zdzisław.

 

Kościoły, które ,,zmartwychwstały”

 

W roku 1999, po ustanowieniu Diecezji Witebskiej, został posłany do organizującej się parafii Sienno w nowo powstałym dekanacie orszańskim, gdzie przez pewien czas sprawował urząd dziekana. Pełnił tam posługę bez kościoła, który za czasów Chruszczowa został zburzony. Mieszkał w bloku i tam odprawiał msze św. Wiosną 2001 roku zdecydował się na powrót do Polski. Nie na długo jednak. Po czterech latach otrzymał zgodę na ponowne podjęcie pracy duszpasterskiej na Białorusi. Kilka miesięcy był proboszczem parafii św. Jakuba w Pelikanach, na północnym zachodzie kraju, blisko Wilna i Rygi. W odróżnieniu od swoich poprzedników, którzy tam jedynie dojeżdżali, zamieszkał na miejscu – w małej, białoruskiej chatce. Nabożeństwa odprawiał w odzyskanym przez wiernych  kościele, który zachował się tylko dlatego, że w czasach ZSRR hodowano w nim świnie. Podobna sytuacja była w Orszy, gdzie z zadaniem stworzenia parafii przybył w czerwcu 2006 roku. Przed rewolucją październikową w mieście było 7 kościołów katolickich. Do dziś przetrwał jeden, bo przez kilkadziesiąt lat był wykorzystywany jako klub.

- Można powiedzieć, że kościoły, które w czasach sowieckich zamieniono na kina, muzea, galerie, magazyny zboża, sale sportowe czy jeszcze inne przybytki miały dużo szczęścia. Byłem świadkiem ich ,,zmartwychwstania”, bo po odzyskaniu przez wiernych mogły na nowo spełniać swoją rolę. Cała reszta została wysadzona w powietrze i nie ma po nich śladu – mówi kapłan.

 

Po drugiej stronie Dniepru

 

Licząca ponad 100 tysięcy mieszkańców Orsza posiada obecnie dwie parafie, które dzieli rzeka Dniepr. Tę drugą, na wschodnim brzegu, stworzył od podstaw ks. Zdzisław.

- Po drugiej stronie rzeki były duże osiedla, ale zaczynałem tam od zera. Na początku ludzie modlili się przy świerku, potem postawiłem krzyż zbudowany z belek. Wziąłem je z kościoła, w którym drewnianą podłogę zastąpiono posadzką. Krzyż miał 7 metrów wysokości, ale ludzie byli tak podekscytowani, że postawili go własnymi rękami, bez pomocy dźwigu – wspomina misjonarz.

Trafił tam na dobry okres. Zbliżały się dożynki w Orszy, na które przyjeżdżał sam prezydent Łukaszenka. Miastu nadawano piękny wygląd. Można nawet powiedzieć, że był to ,,boom inwestycyjny”. Przy krzyżu pojawił się sklep, a na terenie nowej parafii założono wodę, gaz, kanalizację.

- Udało mi się również, z Bożą pomocą, nielegalnie zbudować garaż, który pełnił funkcję kaplicy. Jak już powstała, to ją usankcjonowano – mówi ks. Zdzisław.

Nie tylko budował z ominięciem przepisów. Wielokrotnie nielegalnie, bez wizy, przekraczał granicę rosyjską i jeździł do odległego zaledwie o 140 km Smoleńska oraz Katynia. Nie wymagało to jednak jakiegoś specjalnego zachodu. Wystarczyło, że jechał samochodem na białoruskich numerach rejestracyjnych, prowadzonym przez Białorusina. Wtedy pogranicznicy przymykali oko.

Ciekawostką jest, że na Białorusi rzadko można usłyszeć język białoruski. Z reguły posługują się nim mieszkańcy wsi. W miastach dominuje rosyjski. Rozmawia się nim nawet w parlamencie. Na co dzień ks. Zdzisław mówił mieszanką polsko – białorusko – rosyjską. Wymiana pokoleniowa jest jednak nieubłagana i wraz z przedwojenną generacją zanikają zarówno polskie modlitewniki, jak i sam język polski. Wyjątkiem jest przygraniczna Grodzieńszczyzna, gdzie rodaków jest ciągle bardzo wielu, a w kościołach niemal wszystkie msze odprawiane są po polsku.

 

 

Ludzie ubodzy, ale gościnni

 

W roku 2009 ks. Pietraszewski powrócił do kraju. Nie wyklucza jednak, że po raz trzeci podejmie w przyszłości pracę za wschodnią granicą. Ma tam nadal wielu przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakty.

- Co prawda mam już 57 lat, ale niektórzy misjonarze wyjeżdżali dopiero w wieku  76 lat. Dobrze się czułem wśród ludzi, którzy niewiele mają, ale mimo to są bardzo gościnni. Starałem się ich odwiedzać bez uprzedzenia, bo gdy się zapowiadałem, to stoły uginały się i nawet nie dawałem rady wszystkiego skosztować. Im dalej na wschód, tym większy jest tam szacunek dla każdego gościa. Mimo sowietyzacji ludzie ci zachowali prostotę, serce i wiarę. Nigdy, przez 11 lat, nie czułem tam żadnego niebezpieczeństwa – podkreśla kapłan.

Wiele wskazuje, że ten kraj jeszcze długo pozostanie dla nas egzotyczny i intrygujący, bo zmiany społeczne są tam mało prawdopodobne. Kiedy zimą w szkole było zaledwie 5 stopni, ks. Zdzisław namawiał mieszkańców do interwencji w urzędzie. Rodzice jednomyślnie orzekli jednak, że ich dzieci ubiorą się cieplej i wytrzymają. Takie pojęcia, jak protest czy walka o swoje są tam obce. Ludzie godzą się z tym, co jest. Wariant ukraiński na Białorusi się nie powtórzy.

 

Zobacz galerię zdjęć

 

Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie