Muzyka to moje życie – z Pawłem Małaszyńskim ani słowa o filmie

O tym, jak pogodzić aktorstwo ze śpiewaniem w zespole, miłości do muzyki, zespołach, które wywarły na niego największy wpływ, jak odbierają go inni muzycy i dlaczego bał się festiwali w Jarocinie, z PAWEŁM MAŁASZYŃSKIM rozmawia Jarosław Wardawy.  

 35043548_1870016719686112_4368706408389017600_n (1)

 

Jesteś znany przede wszystkim, jako popularny aktor. Nie wszyscy jednak wiedzą, że od lat śpiewasz i liderujesz w rockowym zespole Cochise. Czy te dwie dziedziny sztuki wzajemnie się u Ciebie uzupełniają, czy raczej to dwie zupełnie różne strony Twojej osobowości?

PM – To są dwa zupełnie inne krwioobiegi, dwie inne przestrzenie, w których staram się realizować. Kocham je obie. Aktorstwo jest dla mnie wyuczonym zawodem i sposobem zarabiania pieniędzy, a muzyka jest moją drugą pasją. Staram się zawsze znaleźć na nią czas, co nie jest łatwe, gdyż pracuję etatowo w Teatrze Kwadrat w Warszawie, już od 16 lat. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez muzyki.

Czy takie rozdwojenie jaźni nie przeszkadza jednej i drugiej sztuce?

- Największym problemem są terminy, bo muszę pogodzić granie w teatrze i wyjazdy z nim po Polsce i świecie, z graniem koncertów. Na dodatek, najwięcej w obu przypadkach dzieje się w weekendy. Czasami trzeba dokonywać niezłej ekwilibrystyki logistycznej, żeby pogodzić granie w teatrze ze śpiewaniem. Jedynym wyjściem jest planowanie wszystkiego z dużym wyprzedzeniem. Dlatego, terminy koncertowe ustalamy co najmniej pół roku naprzód.

Problemy logistyczne to jedno, ale widzę pewną sprzeczność pomiędzy aktorstwem, a rockiem. W teatrze, czy w filmie, kreujesz jakąś postać, grasz, a rock wymaga szczerości, nie ma w nim miejsca na udawanie.

- Scena teatralna również nie znosi udawania. Ludzie przychodzą do teatru, żeby na chwilę zapomnieć o rzeczywistości i wymagają od aktorów, żeby byli wiarygodni w tym, co prezentują na scenie. Różnica jest inna. W teatrze, czy w kinie, opieramy się na scenariuszach, dokładnie rozpisanych na role. Koncert to operacja na żywym organizmie, tu nie ma dokładnego planu. Koncert to zawsze duża improwizacja, która zależy od wielu czynników. Na koncercie wychodzę na scenie i moim zadaniem jest rozpętanie małej rewolucji, zarażenie publiczności naszą energią. Nigdy nie wiem dokładnie, jak ludzie to przyjmą, trzeba więc dobrze odczytywać emocje i temperaturę na sali koncertowej, czy w klubie, i umiejętnie dobierać środki wyrazu do przekazania tego, co chcemy. W rock and rollu publiczność bardzo szybko potrafi wyczuć fałsz.

Jak długo zajmujesz się już muzyką?

- Od co najmniej od 25 lat, ale nikt nie musiał  o tym wiedzieć, poza moimi kolegami muzykami z Białegostoku. Zdawałem sobie sprawę, że przez część publiczności moja muzyczna aktywność będzie odbierana, jako fanaberia znanego aktora, ale niewiele sobie z tego robię. Ja wiem najlepiej, że traktuję muzykę serio, na poważnie. Na szczęście razem z moimi kumplami z Chochisa znamy się doskonale od wielu lat i razem podjęliśmy decyzję, że muzyka jest dla nas wszystkich bardzo ważna. Gramy razem od kilkunastu lat, od niemal 10 lat regularnie koncertujemy i idziemy do przodu. Wchodzenie w świat muzyki, będąc częścią zupełnie innej dziedziny show biznesu, jest bardzo trudne, ale wiem, że oni stoją za mną murem.  To dodaje mi dodatkowych sił, dzięki temu istniejemy już 15 lat, nagrywamy właśnie szóstą płytę.

Na jakiej muzyce się wychowałeś?

- Miłość do muzyki zaszczepili mi rodzice. Nauczyli mnie słuchania polskiego big – beatu. Czerwono Czarni, Czerwone Gitary, ABC, Piotr Szczepanik, Breakout – od tego zaczynałem słuchanie muzyki, bo tego słuchali moi rodzice. Mój ojciec sam był big-beatowcem, miał w liceum zespół, grał koncerty, więc naturalną koleją rzeczy było zaszczepienie miłości do muzyki swojemu synowi, czyli mnie. Potem pojawiły się pierwsze płyty Beatlesów, Elvis Presley. Dopiero pod koniec szkoły podstawowej zacząłem słuchać mocniejszego rocka i zacząłem poznawać takie zespoły, jak Black Sabbath, Guns and Roses. Na początku lat 90. duży wpływ na moją muzyczną edukację wywarły polskie zespoły, jak Hey, Wilki, Illusion, Flap Jack. Jeszcze nieco później poznałem starsze zespoły i historię festiwalu w Jarocinie.

Jeździłeś na legendarne już dziś festiwale do Jarocina?

- Nie, bo byłem za młody i się bałem. Za Jarocinem ciągnęła się wtedy zła legenda, dziś już wiem, że rozpętana przez nieobiektywne media. Jako 12, 13-letni chłopak widziałem w telewizji tylko jakieś zamieszki, pałowanie ludzi – bo tylko to pokazywali. Kiedy zacząłem bardziej świadomie myśleć o muzyce, Jarocina już nie było. Zostało mi więc tylko oglądanie dokumentów i słuchanie tych wszystkich fantastycznych muzyków. Tak poznałem Waglewskiego, Janerkę, Kult, Tomka Lipińskiego, Tilt, Brygade Kryzys, Aya RL i wielu innych.  Muzyka z tamtych czasów zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, choć nie byłem świadkiem tamtych koncertów, tylko odkryłem je znacznie później. Głosem mojego pokolenia był wczesny Hey, Illusion, Kasia Kowalska, Edyta Bartosiewicz.

A z muzyki zagranicznej?

- Zaczynałem od Guns and Roses, po których miałem okres zafascynowania black i death-metalem: Burzum, Cannibal Corps, Anathema, Cementary, Paradise Lost i tym podobne. Jak widać, trochę błądziłem, rzucałem się od muzycznej ściany do ściany, po dopiero później trafiłem na muzykę z lat 60. I 70. Zacząłem słuchać glam – rocka, potem było zafascynowanie The Doors, Hendrixem, Janis Joplin. To właśnie ta muzyka, ci poeci rocka mnie wychowali – aż do roku 1991.

Czemu ta data była dla Ciebie tak ważna?

- Wtedy po raz pierwszy usłyszałem Nirvanę i „Smell Like A Teen Spirit” i nic już nie było takie same. Pojawienie się muzyki grunge zrewolucjonizowało moje podejście do muzyki. Pojawiła się Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains i inne zespoły z Seattle, które było wtedy absolutnym muzycznym centrum świata. To była rewolucja mojego pokolenia. Ja byłem pokoleniem „X”, a teraz jesteśmy pokoleniem „EX”. Napisałem o tym nawet piosenkę dla Chochise’a. W pewnym sensie jestem wierny grunge’owi do dziś.

Dziś spotykasz się pewnie przy różnych okazjach ze swoimi polskimi idolami z młodości. Jak traktują Ciebie, jako rockmana? Czy odbierają Ciebie na poważnie, czy jakoś inaczej?

- Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie wiem na ile ludzie są ze mną szczerzy, czy odbierają mnie, jako kolegę muzyka, czy znudzonego pana z telewizora, który bawi się w rockmana. Najczęściej ci, którzy mnie najbardziej krytykują nigdy nie byli na moim koncercie. Płytę może nagrać każdy, nawet Sławomir, ale dopiero koncert pokazuje prawdę o muzyku. Często ci ludzie są bardzo zaskoczeni. Jeżeli jednak zapraszają mnie do siebie tacy krytycy, jak Marek Wiernik, czy Piotr Kaczkowski i rozmawiają ze mną nie o moich rolach filmowych, tylko o mojej muzyce, to chyba nie jest źle. Jak tacy ludzie uważają, że nasza muzyka jest godna uwagi, to jest to dla mnie duże wyróżnienie.

Twój zespół – Chochise – to paczka kumpli, którzy znają się od czasów liceum w Białymstoku.

- Spotkaliśmy się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Ja kończyłem wtedy szkołę teatralną i myślałem, że już nigdy nie będę miał swojego zespołu. Wtedy spotkałem znowu swoich kumpli i tak już zostało.

Do jakich zespołów jest Cochisowi najbliżej?

- Słyszałem już o nas tak skrajne opinie i porównania, że sam już nie wiem. Niektórzy słyszą w naszej muzyce echa The Doors, Danzig, Radiohead, czy nawet Joy Division, podczas gdy ja w ogóle tego nie słyszę w naszej muzyce. Wrzucają nas najczęściej do worka z muzyką post grunge i pewnie cos w tym jest. Każdy z nas ma inne muzyczne korzenie, których wypadkową jest Cochise. W naszej muzyce są elementy, rocka, metalu, psychodelii, alternatywy, punka, a my to wszystko mieszamy.

Po Twoich słowach i błysku w oczach daje się odczuć, że po tych wszystkich latach i doświadczeniach muzyka nadal Ciebie „kręci”.

- Muzyka to jest moje życie. My nigdy nie mówiliśmy, że chcemy grać tylko w głębokim „offie”, że nas nie interesuje mainstream. Bardzo chętnie słyszałbym nasze piosenki nawet w Radiu Zet, przy śniadaniu. Byle by to tylko była nadal nasza muzyka, żeby nikt nam nigdy nie narzucał, co i jak mamy grać.

Dziękuję za rozmowę.

 

Paweł Małaszyński

Porzucił prawo po pierwszym roku, kiedy to uznał, że jego prawdziwą miłością jest aktorstwo. Ukończył wrocławską PWST. Obecnie można oglądać go na deskach warszawskiego teatru „Kwadrat”. W 2002 roku Paweł Małaszyński poślubił tancerkę, choreografkę Joannę Chitruszko, z którą ma syna Jeremiasza (ur. 2004 r.) i córkę Leę (ur. 2014 r.).

Najważniejsze role filmowe: 2002 „Pianista” – jako mężczyzna w getcie, 2004: „Oficer” – jako Jacek Wielgosz „Grand”, 2005–2007: „Magda M.” – jako Piotr Korzecki, 2007: „Świadek koronny” – jako Marcin Kruk, 2007: „Katyń” – jako porucznik pilot Piotr Baszkowski, 2010: „Ciacho” – jako Karolek, 2010: „Czas honoru” – jako niemiecki agent Johann von Relasky, 2012: „Lekarze” – jako Maks, 2013: „Jack Strong” – jako Dariusz Ostaszewski, 2017: „Belle Epoque” – jako Jan Edigey-Korycki.

 

Foto: Paweł Małaszyński zaśpiewał z zespołem Cochise w ostrowskim klubie Fanaberia Art. Club. Fot: (jw)

Zobacz galerię zdjęć

 

 

Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie