Nie żyje Andrzej „Idon” Wojciechowski, jeden z pionierów polskiego jazzu

Bardzo smutna wiadomość dotarła do nas z Łodzi, gdzie dziś rano, 20 maja 2018, pod długiej chorobie zmarł Andrzej „Idon” Wojciechowski, jeden z pionierów polskiego jazzu, trębacz legendarnego zespołu Melomani, z którym wystąpił m.in. na I Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 1956 roku, filolog, dziennikarz, autor książki „To był jazz”, producent filmowy Urodził się w 1930 roku, żył 87 lat. W Ostrowie był znany z udziału w pracach jury Festiwalu Filmowego im. Krzysztofa Komedy, z którym zresztą grywał. Rok temu zrezygnował z zasiadania w jury i specjalnie dla Gazety Ostrowskiej opisał swoje wspomnienia związane z Komedą. Warto przypomnieć ten tekst, który ten tekst, który nabrał dodatkowego znaczenia…

 

 Ostatni krawat w Ostrowie – nieznane karty historii polskiego jazzu
Co łączy ostrowskiego krawca Dyzia z Krzysztofem Komedą? Jak Roman Polański poznał późniejszego autora słynnej „Kołysanki” do swego jeszcze słynniejszego filmu „Rosemary’s Baby”? I wreszcie co do tego wszystkiego ma krawat Jarosława Urbaniaka? O tym wszystkim opowie Andrzej Idon Wojciechowski – muzyk pierwszego polskiego zespołu jazzowego „Melomani” i jeden z jurorów ostrowskiego festiwalu filmowego, który specjalnie dla „Gazety Ostrowskiej” zgodził się spisać swoje wspomnienia.

 

KRAWAT_Kierownictwo Ustronianki-1

Oryginalny skład „Melomanów” podczas jednego z pierwszych koncertów w historii polskiego jazzu. Fot: Archiwum Autora

Pierwszą koszulę uszył dla mnie ostrowski obywatel krawiec damski, po którym nawet koszula nie została, ale w pamięci wyryła się ksywa krawiecka Dyzio. Dobrze znał go inny ostrowianin,  Witold Kujawski, zamieszkały w Ostrowie od małego. Kujawski, kiedy osiągnął wiek dojrzały, włączył się z talentem jazzowym do zespołu  Jerzego Matuszkiewicza, Andrzeja Trzaskowskiego, Witolda Sobocińskiego i Andrzeja Wojciechowskiego. Ekipę tę nazywano „Melomani” bowiem całość zebrała się w klubie jazzowym „Melomani” w Łodzi, w sali kominkowej polskiej YMCA. Firma była oczywiście amerykańska. Komuniści, którzy wtedy trzymali władzę stowarzyszenia, nie lubili jej, a co więcej, z uwagi na grany tam dla czerwonych konsumentów rozrywki jazz, była ona dla nich obrzydliwa.

 Nie ma się więc co dziwić, że YMCA została  zlikwidowana. Swoją drogą, kiedy widzę Frasyniuka, którego szarpie młody policjant,  to przypomina mi się scena kiedy do sali YMCA w roku 1949 wkroczył  młody człowiek. Kazał sobie przynieść wszystkie płyty jazzowe jakie były w magazynie i wyciągniętym z teczki młotkiem  potłukł jedną po drugiej. Glenn Miller – trach, Armstrong – trach, Benny Goodman – trach i razem około 500 takich trachów zaliczył  młodzieniec . Trzeba powiedzieć, że się spocił. Dziś facet już dawno na emeryturze, z radością słucha utworów Komedy, czy Trzaskowskiego.  „Melomanów” młotek komunistów nie dobił.

 Tutaj na scenę wkracza ostrowianin Witold Kujawski. Jest rok 1950.W kultowej kawiarnia „Honoratka” w Łodzi. Pojawia się wspomniany gentelmen prowadząc za rękę młodziutkiego blondynka o zadartymi nosie. Przy stoliku Sobociński, Matuszkiewicz i inni.

– To jest Andrzej Trzasączy kowski – oznajmił Kujawski- dziecko krakowskie, które urodziło się z genami jazzu, do tego to wyrzucony z uczelni oryginalny hrabia, który musi z czegoś żyć – stwierdził Kujawski.

 „Melomani” grali wtedy, jako zespól zastępczy w lokalach gastronomicznych w dni, w których dancingowe orkiestry miały wolne. Najdłużej grało się „Melomanom” w mordowni na Górnym  Rynku, do której na wódkę wpadali bandyci, prostytutki i zamieszkujący w okolicy Cyganie. To były prawdziwe jamssesion. Trzaskowski,  jako młody blondynek, budził szczególne zainteresowanie swobodnych  panienek, które nie tyle traktowały  go seksualnie, co otaczały opieką matczyną. Codziennie dyżurna sex bomba (oczywiście w formacie Górnego Rynku) przychodziła o 23- ej, aby odprowadzić dziecinnego artystę do domu. Mieszkał w otoczeniu koleżanek przy ulicy Sosnowej. Okolica była  niezbyt bezpieczna i być może dlatego na parterze mieściła się zakład pogrzebowy.

 Skoro już mamy zaczyn kontaktów Ostrowa z Łodzią, to warto posunąć sprawę dalej i narysować narodziny Krzysztofa Trzcińskiego studenta medycyny z Poznania.

Możemy zacząć podobnie. Siedzimy w „Honoratce” (już wiemy, że kultowej ) do której wchodzi obywatel ostrowski Witold Kujawski z wiadomością. – Trzciński podpisał kontrakt na lato do Ustronia Morskiego i uważam że powinniście tam pojechać.1200 zł miesięcznie oraz wyżywienie po kosztach wsadu – powiada. Niezbyt obyty w świecie młody hrabia zapyta z głupią frant: to, co mamy wsadzać? Sobociński, w zasadzie małomówny, tym razem zabrał głos.

– Jędruś nie kombinuj, tylko leć do sklepu i kup flaszkę. Mamy pierwszy kontrakt – informuje.

I tutaj wkracza Kujawski z ostrowskim krawcem damskim Dyziem. Ze zgrzebnego płótna w niebrudzącym szarym kolorze Trzciński, Matuszkiewicz, Trzaskowski, Sobociński i ja otrzymaliśmy niebrudzącą się koszulę oraz granatowy krawat w modne picassowskie wzory, czyli tak zwane esy floresy. W Ustroniu kapela Krzysztofa Trzcińskiego, czyli „Melomani”,  prezentowali się na tyle efektowne, że cała dyrekcja lokalu prosiła o zdjęcie z orkiestrą w tle.

 Jeśli powiedzieć, że wtedy narodziła się gwiazda Komedy to nic nie powiedzieć. Trzciński, który zdradził nam, że właśnie chciałby nosić pseudonim Komeda, zakochał się (tak się nam przynajmniej wydawało) w pianistce  – szopenistce, Barbarze Hesse Bukowskiej. Nic tylko Basia i Basia. Raz nawet przyszedł wieczorem na estradę w jedwabnej piżamie w biało niebieskie pasy. Matuszkiewicz, który nie lubił zamieszania kostiumowego w zespole natychmiast rozkazał mu założyć koszulę z Ostrowa z krawatem w pikasy.

– Muzyka jazzowa – wygłosił wtedy krótkie przemówienie do zespołu Trzaskowski – wymaga jedności stylu. Nic nie trzeba udziwniać. Komeda zrozumiał.  Na znak pokory postawił po kieliszku prunelki, słodkiego śliwkowego likieru.

Jeszce jeden obrazek zbliżający Komedę do Łodzi. „Melomani” w zasadzie składali się z trzech studentów szkoły filmowej, jednego hrabiego z Krakowa i kontrabasisty z Ostrowa. Kujawskiego. Jest już rok 1954. Szkoła Filmowa oraz „Melomani’ słyną z organizowanych zabaw studenckich w sali projekcyjnej. Tym razem Trzaskowski zachorował, czemu nie ma się, co dziwić, bo w Krakowie powietrze zawsze było niezdrowe i za fortepianem nie miał, kto zasiąść.  Ale, od czego jest Kujawski.

 Kujawski lubił pisać listy, telefony zresztą słabo funkcjonowały napisał, że przywiezie na bal Komedę, OK, bal rozkręcony na dobre. Gramy „Karawanę” Ellingtona. Komeda realizuje improwizowaną solówkę.  Oszczędnie, ciekawie, pomysłowo. Ellington by inaczej nie zagrał. Patrzę, a z nieruchomym wzrokiem stoi wpatrzony w fortepian Roman Polański. Akurat nie musiałem trąbić, zbliżyłem się do Polańskiego i mówię mu do ucha: Romuś, co cie zatkało?

– Bracie to jest genialne, co ten facet wyrabia. Kto to jest? A, pianulek? Medyk z Poznania Komeda – odpowiadam.

– Bracie, on będzie mój – odpowiada na to Polański. 

W czasie przerwy widziałem jak obaj rozmawiali zdaje się, że nawet coś pili. Komeda niestety już więcej z „Melomanami” nie zagrał. Założył własny zespół, który na festiwalu w Sopocie 1956 zrobił furorę.

 Nieuchronnie nastał rok…2011. Komeda w Ostrowie ma swoje miejsce i wszyscy wiedzą, kto i co. Dobry los sprawił, że zostałem zaproszony do jury na Festiwal Filmowy im. Komedy. Zaproszenie przyjąłem z radością. Komeda był przyjacielem, Szkoła Filmowa dała mi wiedzę, „Melomani” doświadczenia muzyczne i jazzowe, a praca redakcyjna kompetencje recenzenta. Witek Kujawski już niestety nie żyje, ale myślę sobie, że okruch Jego świadomości (soul) w tym żyje. Znakomite grono jury onieśmiela swoją wielkością : Pawluśkiewicz, Konieczny, Lach, Kapuściński, Armata. W takim klimacie, żeby coś powiedzieć, trzeba najpierw tekst przegadać przed lustrem. 

Mało jest dobrych filmów z dobrą muzyką, słabych filmów jest więcej, ale z muzyką też nie za dużo. Trudności w ocenie, kto dostaje nagrodę, polegają na tym, że nagroda może być tylko jedna, a więc muzyka musi by najlepsza, kompozytor polski i film też.

W kraju, w którym w latach 1955-1990 słynącym z wysokiej, jakości produkcji w okresie istnienia festiwalu Komedy w Ostrowie w każdym roku stworzono muzykę co najmniej        do jednego filmu na wysokim poziomie.  Ale fakt, że kompozytor Mikotaj Trzaska dostał nagrodę dwukrotnie dla jurora, nie jest wiadomością radosną. Fakt, że Trzaska jest muzykiem doskonałym i potrafi tworzyć pod obraz napawa nostalgią. Żeby w Polsce było piętnastu Trzasków…

 Ponieważ żyję nieco dłużej pamiętam filmy Kazaneckiego, Matuszkiewicza, Kurylewicza, Koniecznego, Kilara, Korcza, Komedy. Tu powiem: co tam Baśka – bo u Pana Wołodyjowskiego też była dobra muzyka.

I przesuwamy się, od koniczka do rzemyczka, jak to się mawia na Kurpiach. ” 6 Festiwal Filmowy” skończony, Mikołaj Trzaska wzbogacony, pozdrowienia składa Roman Polański, do którego filmów Komeda napisał sporo muzyki. Bankiet we wspaniale odrestaurowanej Synagodze. Ponieważ lata przeleciały, Festiwal dopiero 6-ty, ale już ja 86- ty. Pora na odpoczynek, może jeszcze nie wieczny, ale pora.

 Historia splata sie jak wiklinowe krzesło. Pierwsza koszula z Ostrowa i tu szczęśliwy los… Jurorzy pod władzą poprzedniego prezydenta Urbaniaka dostawali krawaty koloru bordo opakowane w przepiękne skrzyneczki ręcznie robione. Gdyby te skrzyneczki można było gdzieś nosić, to bym wolał, ale krawat to krawat. Dochodzę do obecnego na bankiecie w Synagodze byłego prezydenta i żalę się, że nikt już jurorom krawatów od dwóch laty nie daje. Chodzimy, jak wieśniacy, z rozpiętymi kołnierzykami. Świadkiem zdarzenia jest Jan Kanty Pawluśkiewicz. Stoi obok bez krawata. Pan prezydent, jak na zwolennika europejskiego porządku przystało, zdejmuje swój krawat i serdecznym gestem zakłada osobiście na moją szyję. Cud mniemany. Zazdrość maluje się w oczach Jana Kantego. Krawat wprawdzie nie bordo, ale piękny.

ŻEBY ZAKOŃCZYĆ FESTIWALOWO: to jest „Ostatni krawat w Ostrowie”. Reżyseria: Jarosław Prezydent Urbaniak, muzyka Krzysztof Komeda. W roli drugoplanowej Jan Kanty Pawluśkiewicz. W roli głównej: Andrzej Idon Wojciechowski.

Andrzej Idon Wojciechowski

 

 

Członek oryginalnego pierwszego składu legendarnych „Melomanów” uznawanych za pierwszy zespół jazzowy w powojennej Polsce.  Na przełomie 1950/1951 Melomani reaktywowali się w Łodzi w składzie: Sobociński (perkusja), Wojciechowski (kotły), Matuszkiewicz (saksofon), Witold Kujawski (kontrabas) i Andrzej Trzaskowski (fortepian). Z zespołem występował również Krzysztof Komeda Trzciński.

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie