O tradycji i nowoczesności z doktorem Falisem

Właśnie został prezesem poznańskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego. I jak sam przyznaje, to dowód uznania przede wszystkim dla oddziału ortopedycznego w ostrowskim szpitalu, docenienie przez stolicę Wielkopolski ośrodków pozaklinicznych. Mirosław Falis (47l), ordynator oddziału opowiada, co znaczy dla niego to wyróżnienie i dlaczego ortopedia jest jak rzemiosło artystyczne.

falis 2

 

– Prezes Towarzystwa Ortopedycznego wybrany spoza środowiska klinicznego- to duże wyróżnienie?

Mirosław Falis: To wyróżnienie dla całego naszego oddziału. Sygnał, że to co robimy jest zauważone i docenione. Chodzi też o integrację środowiska, nie rozdzielanie na to, co w klinice i poza nią.

– Jakie zadania ma prezes Towarzystwa Ortopedycznego?

MF: Towarzystwo Ortopedyczne ma nadawać kierunek rozwojowi naszej specjalizacji, dbać o doskonalenie zawodowe, ale też pielęgnować najlepsze tradycje. Towarzystwo zostało założone w 1928 roku podczas pierwszego zjazdu ortopedów właśnie w Poznaniu. I ten poznański oddział jest najstarszy, ma najdłuższe tradycje, a w swojej historii znakomite nazwiska. Dziś skupia 400 lekarzy z całej Wielkopolski i to zobowiązuje.

– Czy oznacza to, że możecie mieć wpływ również na finanse dla ortopedii?

MF: Towarzystwo ma przede wszystkim charakter naukowy i takie są nasze kompetencje. Jednak razem z konsultantem wojewódzkim do spraw ortopedii mamy wizję działań dla naszej specjalizacji. A jedno jest szczególnie ważne- równomierne rozłożenie środków na ortopedię i chirurgię urazową. Nasz ostrowski oddział jest największy na południu Wielkopolski i obsługuje bardzo duży rejon. Rocznie przeprowadzany ponad 1300 operacji, a nasz kontrakt nie do końca odpowiada tak dużej liczbie pacjentów. Rzecz w tym, żeby nasza specjalizacja i możliwości rozwijały się równomiernie w całym kraju.

–  Ostrowska ortopedia jest dziś w czołówce europejskiej za sprawą nowatorskich zabiegów. Ale do sukcesu potrzebna jest dobra ekipa i sprzęt?

MF: Na pewno to jest długa droga. Jeśli mówimy o zdobyciu renomy, to nie jest to kwestia dwóch czy trzech lat. Podwaliny pod nowoczesną ortopedię dał doktor Józef Wcisłek, a przed nim Stanisław Tambor. My to kontynuujemy. A kadra się zmieniła i jest zdecydowanie odmłodzona. Nie będę ukrywał, że jestem jednym ze starszych lekarzy, a najmłodszy jest na rezydenturze. Średnia wieku to około 30 lat. A jednocześnie możliwości rozwoju, zdobywania doświadczenia działają na korzyść tej kadry. Robimy wszystko, by oddział w szpitalu powiatowym nie odbiegał  jakością od ośrodków klinicznych, a poziom usług był tak wysoki, żeby nie było potrzeby kierowania pacjentów dalej.

– Jeśli jednak wprowadzacie tak nowatorskie metody, jak w operacji pięty, to właściwie czym różni się ostrowski oddział od kliniki?

MF: Oddziały kliniczne mają swoje preferencje rozwoju. Poza tym czasami o niektórych wyborach decyduje przypadek. Pojechałem na sympozjum do Grecji i tam poznałem Mario Goldzaka, lekarza, który jest twórcą implantu do operacji pięty. Byłem na tyle zainteresowany prezentacją, że nawiązaliśmy kontakt, a on zaprosił nas do swojej kliniki i pozwolił uczestniczyć w operacji. Teraz prowadzimy już te zabiegi w Ostrowie, jako jedyni w Polsce i popularyzujemy metodę, bo jest mało inwazyjna i obiecująca.

-O tych zabiegach powiedział Pan, że to jest taki „high life”. A jaka jest codzienność na oddziale?

MF: Nie odbiega od tej na innych oddziałach. Codziennie mamy pacjentów z urazami po wypadkach. I to niezależnie od pory roku, bo teraz choć zima nie przypomina zimy, urazów jest tyle samo. Przeprowadzamy 1300 operacji rocznie.  W tym są zabiegi planowe związane z wymianą stawów i wciąż kolejka oczekujących. Ważne jest, by dobrze zakwalifikować pacjenta i najszybciej zająć się najcięższymi przypadkami. I oczywiście jest cała grupa pacjentów po urazach sportowych. To w większości bardzo młodzi ludzie, którzy mają inne oczekiwania – chcą nie tylko się wyleczyć, ale też jak najszybciej wrócić na treningi.

– Ale czy to oznacza, że już się zaprzyjaźniliście z całą naszą kadrą sportową?

MF: Na szczęście te urazy rzadziej przydarzają się zawodowcom. Oni są inaczej przygotowani do wysiłku, który muszą ponosić w trakcie sezonu i nie korzystają często z naszych usług. Natomiast faktycznie mamy taką galerię sportowców, którzy nam zaufali, uzyskali pomoc i wrócili do sportu. Naszymi koszykarzami opiekuje się doktor Maciej Kaźmierczak. Medycyna sportowa jest bardzo specyficzną działką, a sportowcy odmienną grupą pacjentów i bardzo cenimy sobie, kiedy chcą się u nas leczyć.

– Dlaczego został Pan lekarzem?

MF: O rany, trudne pytanie. Właściwie zainteresowania miałem szerokie, nie wybrałem kierunku. Zdecydował trochę przypadek, bo lekarzem był ojciec mojego kolegi z klasy i dzięki niemu zainteresowałem się medycyną. Uczyłem się, poszerzałem wiedzę o ten materiał, który wymagany był na egzaminach. I tu wielkie podziękowania dla profesorów z mojego 3 LO, którzy mnie prowadzili: Podemskiego, Dobrzyńskiego, Gubańskiego. W tej szkole był klimat, który sprzyjał lekarzom, bo naprawdę wielu również z mojego rocznika skończyło akademię medyczną.

– A dlaczego akurat ortopedia?

MF: Już na studiach wydawało mi się, że jest zupełnie inna niż pozostałe dziedziny. Bardzo konkretna, ale też zagadkowa, bo dla nas – studentów nie było jasne dlaczego pacjent jest leczony akurat w ten, a nie inny sposób, dlaczego ma takie implanty. Było to połączenie sztuki i rzemiosła artystycznego. To dziedzina, która łączy medycynę, technikę. Dziedzina nietuzinkowa, bo naszymi pacjentami są dzieci, którym badamy bioderka po urodzeniu i właśnie choćby sportowcy.  Wszystkie grupy wiekowe i zawodowe. I kontakt mamy z nimi przez dłuższy czas, ze względu na specyfikę schorzenia, bo nie kończy się po wykonaniu zabiegu.

.  Czy 20 lat temu myślał Pan, że będzie wykonywać tak nowoczesne zabiegi? I czy to oznacza, że za kolejnych 10 lat będziemy mieć już kosmiczną technologię w ortopedii?

MF: Postęp będzie, to jest niezaprzeczalne i budujące. To powoduje też, że wciąż musimy się szkolić, by nie przegapić szans, które się pojawiają. Natomiast jak sobie przypomnę 20 lat temu, kiedy zaczynałem, to zmiana jest kolosalna. Wtedy robiliśmy pięć operacji w tygodniu, a teraz jest pięć dziennie. Endoprotezoplastyka stawów rozwinęła się niesamowicie. Kiedyś nie zakładaliśmy wcale endoprotez,  potem były starego typu stosowane w przypadku złamań. Ale wymiana stawu, która ma poprawić jakość życia, to jest właściwie ostatnie 10 lat. Można się tylko cieszyć, że takie są możliwości w naszej specjalizacji. I że dzięki temu, czasami w spektakularny wręcz sposób można pomóc choremu.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Arleta Zeidler

 

Jedna Odpowiedz to "O tradycji i nowoczesności z doktorem Falisem"

  1. marko napisał(a):

    wybitnych mamy ortopedów sam byłem pacjentem złamanie kosci udowej z przemieszczeniem zrobili mi repozycje na gwożdziu rf ryglowanym chodze be zproblemu nie kulawie jest ok pozdro dal nich

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie