Polityczna stałość w uczuciach po ostrowsku. FELIETON

Polityczna – nomen omen – lojalność nie jest chyba ostatnio w Ostrowie w cenie. Łatwiej liczyć, że ciemny, wyborczy lud i tak kupi cokolwiek mu się sprzeda, w imię gładkich haseł.

 

***

 

Przyznam się szczerze, że coraz częściej czuję się facetem starej daty, bo jestem… stały w uczuciach. Do tego niewesołego w końcu wniosku skłania mnie fakt, że numeru telefonu, adresu mailowego, kumpli i żony staram się nie zmieniać. Zauważam również, że ta osobliwa przypadłość charakteru jest chyba ostatnio w zaniku. Numery telefonów niektórzy znajomi zmieniają częściej niż skarpetki, że o adresach internetowych już nie wspomnę. Koledzy z licealnych czasów rozgrywają już często drugą, albo i nawet trzecią, małżeńską rundę, odznaczając swoje zadowolenie progeniturą z kolejnych związków. Dodam nie bez satysfakcji, że bez gwarancji końcowego sukcesu. A ja trwam, jako ten – nie przymierzając – dinozaur, a może już i dziwak, co to zawsze do domu wraca.

 To jednak wszystko mały pikuś w porównaniu z polityką, w której stałość w uczuciach jest cechą zupełnie na wymarciu. Przynajmniej w Ostrowie.

Dobitnym przykładem na to jest krótka polityczna historia pewnej pani radnej – elekt, która zanim jeszcze formalnie została zaprzysiężona, już zdążyła zaliczyć spektakularną zmianę politycznych sympatii. Nie można nawet powiedzieć o niej, że wystąpiła z klubu, z którego zdobyła mandat, bo klub nawet nie zdążył jeszcze powstać. Ba, formalnie nawet jeszcze nie rozpoczęła się nowa kadencja rady.

Jak by tego było mało, to pani prawie – radna próbowała po wszystkim wytłumaczyć się w tak pokrętny sposób, że od czytania tego niby oświadczenia aż oczy bolą i reszta zwojów mózgowych się prostuje. Jakakolwiek dłuższa analiza tego bełkotliwego dokumentu byłaby obrazą inteligencji czytelników, przekraczającą moje skromne intelektualne możliwości. Lepiej więc spuścimy nad tym miłosierną zasłonę milczenia. Oczywiście, wyciągając z tego odpowiednie wnioski.

 Co gorsza, to wcale nie jest jakiś odosobniony przypadek. Wieść gminna, a w zasadzie powiatowa, głosi, że grupa nowo wybranych radnych z partyjnego  – jak najbardziej – komitetu po wyborach poczuła się zniewolona więzami politycznej poprawności i dyscypliny. Co ciekawe, polityczne więzy nie krępowały ich przed startem w wyborach na tyle, żeby już wtedy wybrać wolność i założyć własny komitet. Teraz mogliby się spokojnie cieszyć z wyborczego sukcesu. Zamiast tego, jest teraz polityczne olaboga, rozdzieranie szat i nawoływanie do pójścia na swoje. To wszystko jeszcze się nie zakończyło, więc dajmy im jeszcze szansę i poczekajmy z ostateczną oceną.

 Nie zmienia to jednak faktu, że polityczna – nomen omen – lojalność nie jest chyba ostatnio w Ostrowie w cenie. Łatwiej liczyć, że ciemny, wyborczy lud i tak kupi cokolwiek mu się sprzeda, w imię gładkich haseł.

Może i kupi, ale raczej tylko na krótką metę. To nie są ostatnie wybory w tym mieście i trzeba będzie jakoś funkcjonować tutaj przez kolejnych pięć lat. A przy okazji raz po raz spojrzeć swoim wyborcom w oczy i chcąc nie chcąc zapytać o kolejną weryfikację. Z tym może być już trudniej, bo ludzka pamięć krótka, ale papier i internet nie zapominają.

Twarz, również w politycznym sensie, ma się jedną. Co polecam państwa i swojej uwadze na przyszłość.

Jarosław Wardawy

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie