Polityczny Black Friday. FELIETON

W polityce – jak w życiu – nie ma „przeceny” na poglądy i wartości. Jak pokazują przykłady, są za to „wyprzedaże” – a właściwie „aukcje” – poparcia,  zdobytych mandatów. Wszystko według prostej zasady: kto da więcej, ten dostanie, czego mu potrzeba.

 

 

***

Ci, co mnie trochę znają, wiedzą, że wprawdzie żaden ze mnie „samotny wilk stepowy”, ale nigdy jakoś nie lubiłem chodzić w stadzie. Słuchałem zawsze niekomercyjnych gatunków muzyki, czytałem „ciężkie” książki i kolegowałem się raczej z ludźmi z towarzyskiego offu. Z tego wszystkiego zostały mi do dziś  zainteresowania muzyczne i chroniczna alergia na polityczny populizm. A do tego jeszcze nieufność do różnego rodzaju „masowych trendów”.

 Jak większość facetów, nie cierpię robienia zakupów. W kwadrans po wejściu do galerii handlowej robię się nerwowy i szukam drogi do wyjścia. Szczególnie nie cierpię wielkich sklepów sieciowych, bo natychmiast gubię się między rzędami półek z musztardą i keczupem a pastą do zębów. Najlepsza z małżonek wie o tym doskonale i chyba już zrezygnowała z walki o asystowanie przy zakupach, bo i tak wie, jak to się skończy. Jak muszę już kupić chleb czy kilo soli, to idę do ulubionego małego sklepiku osiedlowego u pana Jacka (pozdrawiam przy okazji) i kupuję chleb i kilo soli, a nie cały koszyk niepotrzebnych pierdół. Przy okazji, zawsze jest z kim pogadać, pożartować z przemiłymi ekspedientkami, które – w odróżnieniu od personelu wielkopowierzchniowego – znają mnie z imienia i chętnie podadzą mi pożądaną sól, nie wciskając na siłę aktualnych promocji.

 Z taką podbudową teoretyczną, nie zdziwi chyba nikogo, że nie cierpię również akcji w stylu niedawnego Black Friday. Sama nazwa – i owszem – pasuje doskonale, bo to nic innego, jak „ściemnienie”, wmawianie naiwnym konsumentom, że to wszystko dla nich, że koniecznie potrzebują tego całego szajsu, który wykładają tego dnia na półki. To dotyczy zwłaszcza „Czarnego Piątku” w polskim wydaniu, czyli łaskawej obniżki cen o parę procent, w nadziei, że  – nomen omen – ciemny, konsumencki lud i tak to kupi.

Cała ta histeryczna otoczka, wbijanie ludziom do głów przekonania o wyjątkowości „okazji”, napawa mnie o mdłości. Spece od sklepowego marketingu tak potrafią namieszać ludziom w głowach, że wielu z nich naprawdę wierzy, iż ten wielki telewizor jest im absolutnie niezbędny. Człowieku, nie bądź głupi – kupuj, bo taka okazja już się nie powtórzy – krzyczą do nas reklamy. Nic to, że na ścianie wisi równie duży, dobrze grający telewizor, choć liczący już sobie parę lat. Wciskają nam kit, że bez kolejnej kolekcji garnków będziesz sobie pluł w brodę z powodu zmarnowanej okazji, choć twoja niewiasta nie ma już gdzie upychać w szafkach garnkowej kolekcji. Jak tu żyć, z zeszłorocznym smartfonem w kieszeni, skoro nowy ma więcej pamięci i megapikseli na zdjęciach, a do tego dokładają jeszcze kolorowe etui i zestaw kosmetyczny do oskrobania pięt! 

 Nie wiem, jak Państwo, ale postanowiłem sobie jakiś czas temu, że będę odporny na takie robienie wody z mózgu i jestem w tym wyjątkowo – jak na mnie – konsekwentny. Nowy telewizor kupię pewnie wtedy, kiedy mi stary odmówi posłuszeństwa, a nie wtedy, kiedy będą mi wciskać kit, że jest okazja. Mógłbym tak długo kontynuować tę zakupową wyliczankę, ale może lepiej niech każdy sobie sam odpowie, czy stanie w kolejce do promocji na golarki do nóg czyni go szczęśliwszym, czy może czuje, że ktoś nim manipuluje.

 Paradoksalnie, dość podobny mechanizm funkcjonuje również w polityce. Praktycznie każde ugrupowanie, czy to z prawej, czy z lewej strony sceny, wciska nam nieustannie do głów kit, że oni i tylko oni chcą nam zrobić dobrze. Wizja zafrasowanego „męża stanu” z Wiejskiej, w pocie czoła pracującego dla dobra narodu, jest tak samo prawdziwa, jak przecena starych trampek w Black Friday. W efekcie, nie chcesz, ale „kupujesz” to, co ci wciskają „dla twojego dobra”. Dostaję mdłości, słysząc po raz setny zapewnienia o trosce o „dobro ogółu” i współpracy „ponad podziałami”, tak często słyszalne ostatnio w ostrowskiej rzeczywistości politycznej. W polityce – jak w życiu – nie ma „przeceny” na poglądy i wartości. Jak pokazują przykłady, są za to „wyprzedaże” – a właściwie „aukcje” – poparcia,  zdobytych mandatów. Wszystko według prostej zasady: kto da więcej, ten dostanie, czego mu potrzeba. Prosta, szybka transakcja. Aż się dziwię, że w polskiej polityce jeszcze nie wymyślono (o ile wiem) prostej aplikacji do handlowania takim „towarem”. Potrzeba mandatu w sejmiku? Będzie do wzięcia za posadę w dobrej spółce dla żony i kilku znajomych królika. Trzeba zawiązać nową koalicję powiatową? Kilka stanowisk w zarządzie powiatu, odpowiedni zastępcy i sprawa załatwiona. Potrzebny jeden głosik radnego do większości w radzie miasta? Wystarczy napisać oświadczenie,  ofiarować stołek wiceprzewodniczącego i po sprawie.

Proste, prawda? A że śmierdzące, to już inna sprawa. Bo, jak mawia klasyk: „władza przemija, wstyd zostaje”…

Jarosław Wardawy    

 

 

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie