Pomogę każdemu oprócz Beaty Klimek – pełna treść wywiadu z kandydatem na prezydenta miasta

O kulisach ostrowskiego samorządu, specyfice kampanii wyborczej, braku zaufaniu do prezydenta miasta, likwidacji CRK i gospodarce komunalnej, okolicznościach wniosku o kontrolę okoliczności przetargu na budowę hali  – z ALOJZYM MOTYLEWSKIM, kandydatem na prezydenta Ostrowa Wielkopolskiego rozmawia Jarosław Wardawy.

 

Jakie atuty ma kandydat na prezydenta Ostrowa Alojzy Motylewski, których nie mają inni kandydaci?

– Żaden z kontrkandydatów nie ma możliwości ani pomysłu na likwidację Centrum Rozwoju Komunalnego. Ja wiem, jak to zrobić i to prawie bezkosztowo. Oni o tym tylko mówią, ale nie mają wiedzy ani doradców. Na pewno nie zrobię tego scalając inne spółki, jak to zaproponował jeden z kandydatów. To nie jest moja filozofia. W moim programie jest również pomysł budowy przez MZGM bloku dla osób starszych, z opieką pielęgniarską, oczywiście nie za darmo.

 

Walka Dawida z Goliatem?

Spotykamy się na około trzy tygodnie przed wyborami i przyznam, że po raz pierwszy widzę dziś u pana jakiekolwiek materiały dotyczące pańskiego programu wyborczego.

– Ja po prostu postępuję zgodnie z przepisami. Kodeks wyborczy nie pozwala mi się mienić kandydatem, dopóki nie zostanę zarejestrowany oficjalnie w komisji wyborczej. A że partie robiły inaczej, wskazując już wcześniej swoich kandydatów na prezydenta Ostrowa, to jest przykład obejścia prawa. Ja nie mogę tak działać.

Trochę czasu minęło już jednak od terminu zarejestrowania kandydatów, a pan ani razu nie spotkał się nawet z mediami, żeby o tym poinformować. Dlaczego?

– Ja nie mam wielkiego sztabu, ani  ludzi. Dopiero, gdy przyszła do mnie młodzież z niezależnego komitetu, który nie zarejestrował kandydatów, to padła taka propozycja. Takie spotkania jednak będą. Może pana zdziwię, ale mamy inne formy propagowania mojej kandydatury. My chodzimy od domu do domu i zostawiamy ulotki.

No to mnie pan specjalnie nie zdziwił, bo takie metody stosują wszyscy kandydaci.

– Specyfika mojej osoby jest inna, niż pozostałych kandydatów. Ja kandyduję i na prezydenta i na radnego i muszę mieć różne ulotki. To jest najkrótsza z możliwych kampania wyborcza. Czekałem „w blokach startowych” trzy tygodnie na oficjalny termin ogłoszenia mnie, jako kandydata na prezydenta. Moim zdaniem, pozostali kandydaci, którzy wcześniej robili konferencje prasowe, nagięli w ten sposób prawo. Gdybym to ja nagiął prawo, to natychmiast by mnie każda partia pozwała w trybie wyborczym, a partii nikt nie pozwie, bo to jest siła. Moja kampania, to walka Dawida z Goliatem.

No to jak będzie wyglądała pańska kampania wyborcza?

– To będzie kampania najtańsza ze wszystkich. Mam pewną niespodziankę dla mieszkańców i w ostatniej debacie powiem, dlaczego tak zrobię.

Czwarta kampania Motylewskiego

Kampania jest dobra nie dlatego, że jest tania, tylko wtedy, gdy jest skuteczna. Pan ma koncie dwie kampanie prezydenckie i dwie do Senatu. Jak dotąd bez specjalnych sukcesów. Czemu tym razem miałoby być inaczej?

– Podczas mojego drugiego startu do Senatu nawet partie polityczne gratulowały mi niemal dwukrotnego wzrostu poparcia i to startując z własnego komitetu. To był sukces, choć pan uważa może inaczej.

Jak by na to nie patrzeć, nie zdobył pan ani mandatu senatorskiego, ani nie został pan prezydentem miasta.

– Ja w wyborach 2002 roku musiałem w dwa tygodnie zorganizować całą kampanię, bo partia się na mnie obraziła. Kto inny potrafiłby to zrobić? Ja uważam, że to też był sukces. W tamtych wyborach po I turze spotkałem się z panem Kruszyńskim i zaproponowałem mu moje 1`600 głosów poparcia do II tury. Kruszyński machnął na to ręką i przegrał. Teraz też startuję po to, żeby pokazać, że coś znaczę.

Z kim pan chce osiągnąć wyborczy sukces? Przyglądałem się pańskim listom wyborczym i przyznam, że nie znam prawie nikogo z pańskich kandydatów.

– Trzeba zrozumieć mechanizm obliczania wyników wyborów. Jeżeli ja zdobędę odpowiednią liczbę głosów, to automatycznie mandaty zdobędą kolejni kandydaci z mojej listy, obojętnie, czy pan ich zna, czy nie. Ja sam pociągnę listę. Moi kandydaci to głównie osiedlowcy, dobrze znani w swoich środowiskach.

W jaki wynik wyborczy pan celuje?

– Powinienem dojść do drugiej tury wyborów prezydenckich, a dla mojego komitetu powinienem zdobyć co najmniej 5 mandatów.

Co pana najbardziej irytuje, co najbardziej nie podoba się w naszym mieście?

– Zauważyłem, że niepotrzebnie wydaje się u nas ogromne pieniądze na tak zwaną promocję miasta. Nie wszystko da się kupić. Najlepszą promocją dla miasta jest dobra robota i jej efekty. Ludzie mają przyjechać do Ostrowa i zobaczyć tu pozytywne rzeczy. Po co mi promocja za miliony, jak drogi mamy dalej w fatalnym stanie? Na peryferiach rośnie trawa, której nikt nie usuwa, dziury w ulicach. Promocja za miliony, która dzisiaj jest, jest nic nie warta.

Co jeszcze?

– Chodniki, dziury w chodnikach. Trzeba remontować w mieście więcej chodników, dostosowywać je do potrzeb niepełnosprawnych. Trzeba mądrze zaplanować  remonty, a nie tak, jak to się robi u nas dziś. Dam przykład: ulica Kasztanowa na moim osiedlu. Według planu, proponuje się wykonanie nawierzchni w trzech etapach, do 2023 roku. To nie jest dobra metoda, żeby wpisać do budżetu pieniądze na wykonanie 10-20 ulic  – ale tylko po kawałeczku. Lepiej trzeba zrobić 2-3 ulice – ale w całości, od początku, do końca.

Kolejną sprawą jest walka ze smogiem. Wydawane u nas pieniądze na wymianę pieców to kropla w morzu potrzeb. Tymczasem, u nas CRK bierze i przejada nie wiadomo na co 5 milionów dywidendy, zamiast zainwestować te pieniądze w dofinansowanie przyłączy do ostrowskiej sieci ciepłowniczej.

 

Co dalej z CRK?

Często i dużo mówił pan podczas sesji o gospodarce komunalnej. Jest pan między inicjatorem przyjęcia kierunkowej uchwały o likwidacji CRK. Czy naprawdę uważa pan, że tak ważną uchwałę należy przyjmować na miesiąc przed końcem kadencji? Przecież za chwilę będzie nowa rada, która może być zupełnie innego zdania?

– A kiedy mieliśmy się zajmować tą uchwałą, kiedy mieliśmy mniejszość głosów w radzie? Najpierw trzeba było zdobyć większość w radzie, a potem zająć się uchwałą. Wielu radnych o tym mówiło, ale nikt nie zgłosił projektu uchwały. Kiedy znalazłem większość w radzie, mogłem przystąpić do realizacji mojego pomysłu.

A dlaczego w ogóle uważa pan, że CRK – czyli dawny Holdikom, należy zlikwidować?

– Holdikom istnieje do dziś, zmieniła się tylko nazwa na CRK. Dziś kojarzy się ona mieszkańcom głównie z wysokimi opłatami, na przykład za ciepło. Mieszkańcy Ostrowa Wielkopolskiego nie mają żadnych korzyści z tej spółki. Korzyści nie mają też spółki  – córki, które są drenowane z dywidendy na rzecz CRK. Pieniądze zamiast pozostawać w spółkach i być przeznaczane na rozwój, np. budowanie sieci ciepłowniczej, albo na ulgi dla osób, które wyrażą zgodę na podłączenie się do niej, czy rozbudowę sieci wodno – kanalizacyjnej przez Wodkan, są marnowane przez CRK. Holdikom co roku generuje kilkumilionowe koszty, które nie wracają do mieszkańców w formie zrealizowanych inwestycji. Na przestrzeni ostatnich lat Holdikom staje się wręcz hamulcem w rozwoju spółek komunalnych, gdyż powiązania kapitałowe między spółkami wpływają na ograniczenie pomocy unijnej.

Skoro jest pan tak przekonany do likwidacji CRK, to jak należałoby to zrobić?

– Nad tym tematem pracowały już tęgie ekonomiczne mózgi i powstało opracowanie za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zostało ono wykonane, gdy Beata Klimek ogłosiła zamiar likwidacji Holdikomu, ale zamiast tego zmieniła tylko jego nazwę. Prezydent nie musi zajmować się szczegółami, musi mieć plan i odpowiedni zespół ludzi do jego wykonania. Ja taki zespół mam. To osoby, niezwiązane z miastem, ale które zamierzają mi w tym pomóc.

Czy uważa pan, że tak łatwo jest zamknąć tej wielkości spółkę, z trwającymi inwestycjami, projektami?

– A jakie są przeciwskazania? Żadne! Wystarczy inaczej podzielić kompetencje między już istniejące spółki.

A co z zagranicznymi udziałowcami, choćby w spółce OZC?

– To nie ma nic do rzeczy z CRK.

Co na tej zakładanej likwidacji Holdikomu miałby zyskać przeciętny mieszkaniec Ostrowa?

– 50 do 60 milionów złotych przekazanych na przestrzeni lat do Holdikomu, które nie zostały przeznaczone na inwestycje. Pytam się więc publicznie: gdzie jest te 50-60 mln zł pochodzące z dywidend wypracowanych przez ostrowskie spółki komunalne i przekazanych do Holdikomu? Zakupiono za nie jakiś majątek, zainwestowano? Nie.

No to co się dzieje, pańskim zdaniem, z tymi pieniędzmi, gdzie one są?

– One zostały w dużej mierze „przejedzone” przez pensje urzędników CRK, a zwłaszcza kadry kierowniczej. Szczegółów nie znamy, bo radnym nawet nie chce się powiedzieć, ilu pracowników jest w CRK, zasłaniając się wątpliwą interpretacją przepisów prawa. Na samo zatrudnienie przeznacza się ok. 1,5 mln rocznie. Wiemy tylko, że prezesi ostrowskich spółek komunalnych potrafią zarabiać w Ostrowie nawet 260 tysięcy rocznie – jeden prezes! A były czasy, że był prezes, wiceprezes, kilku dyrektorów – a zaręczam panu, że żaden z nich nie zarabiał po tysiąc czy dwa tysiące złotych, tylko o wiele razy więcej. To stracone dla miasta pieniądze, które można lepiej wykorzystać. 

Jest pan również jednym z radnych, którzy narzekają na brak transparentności w ostrowskiej gospodarce komunalnej. Dlaczego?

– Im więcej się mówi o przejrzystości, jak to robi obecna władza, tym jest ona  gorsza. Jako radni zadajemy ważne pytania, a pani prezydent Klimek kolejny raz w ogóle nie przychodzi na sesje, żeby na nie odpowiedzieć. Jej zastępczyni, pani Matecka, mówi nam, że odpowie na piśmie. Wszystko tylko po to, żeby nie odpowiedzieć na trudne pytania przed wyborami. Nie po to ludzie śledzą sesję, żeby dowiedzieć się, że odpowiedzi nie będzie.  Pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy prezydent Klimek mówi o przejrzystości sprawowania władzy w Ostrowie. U nas nie ma przejrzystości, jest ukrywanie faktów, unikanie odpowiedzi na trudne i niewygodne pytania.

 

Zaufanie według Motylewskiego

Ma pan zaufanie do prezydenta miasta?

– Muszę powiedzieć, że ja nigdy nie ufałem Beacie Klimek. Nawet w wieczór wyborczy stałem tylko w drzwiach jej sztabu i mówiłem, że będę się cieszył, ale dopiero na koniec kadencji, jak będą efekty pracy. Nie ufam Beacie Klimek od momentu, kiedy jako jeszcze rzecznik prasowy starosty specjalnie przełożyła godzinę konferencji, żebym nie mógł w niej uczestniczyć i powiedzieć o niewygodnej dla niej i dla pana Jędrzejaka sprawie. Pani Klimek przekroczyła trzy granice. Pierwszą już w trzecim dniu po zaprzysiężeniu, kiedy musiałem jej wręczyć symboliczną czerwoną kartkę. Drugą granicę przekroczyła, kiedy przed ratuszem nazwała mnie „adwokatem spółki MZO”. Trzecią granicę przekroczyła, gdy odważyła się zarzucić mi jakąś wymyśloną, wielką krytykę na swój temat. Każdy, kto się tej pani sprzeciwi, musi odejść. Czemu odszedł stąd prezes Kolasiński, który ściągnął tu już rodzinę, kupił dom, i nagle zrezygnował z tego wszystkiego i wyjechał.

Nie wiem. A pan wie?

– Bo chodziło o coś zupełnie innego – o halę sportową. Wiem to od niego prywatnie. Takich przykładów mógłbym podać jeszcze kilka.

Mówi pan o braku zaufania do Beaty Klimek, ale czy można mieć zaufanie do pana? Zaczynał pan od poparcia pani prezydent w Radzie Miejskiej, żeby pod koniec kadencji zmienić front i przejść do opozycji wobec niej. Jakie były tego prawdziwe powody?

– A z kim ja miałem iść na początku kadencji, jak po drugiej stronie była armia atakujących? Miałem się do nich przyłączyć?

W końcu się pan jednak do nich przyłączył.

– Tak, ale w zupełnie innym momencie. Wcześniej broniłem Beaty Klimek przed nimi, ale robiłem to nie dla niej, tylko dla Ostrowa.

Nie miał pan zaufania, ale jednak bronił pan Beaty Klimek?

– Bo ja dla zgody zrobię wszystko. Nie miałem innego wyjścia. Powiedziałem jej: do trzech razy sztuka. 

Mówiło się jednak, że tematem, który was ostatecznie poróżnił, były plany budowy hali widowiskowo-sportowej. Prezydent Klimek opowiadała się wtedy za K1, a pan obstawał przy hali przy Wojska Polskiego? Jak to było naprawdę?

– Wszystko się zmieniło w ten wieczór, kiedy zostałem sam z tematem budowy basenu. Pani prezydent Klimek, przy poparciu radnego Malika, który chciał ponad wszystko budowy krytego basenu, przyszła do nas i powiedziała wprost, że na dwie duże inwestycje nas nie stać. Powiedziała, że mamy do wyboru albo basen, albo wykup hali K1 przy ulicy Kusocińskiego. O hali przy ulicy Wojska Polskiego nikt wtedy nawet nie myślał, bo wtedy nie było nawet miejsca na tę halę. Cały teren działki przy Wojska Polskiego zajmowało wtedy centrum przesiadkowe. Prezydent Klimek opowiedziała się wyraźnie za K1, a chwiejni radni, jak pan Malik, ją poparli. Nie mogłem w to uwierzyć, ale takie były fakty. Ja od początku byłem za halą na Wojska Polskiego, bo nie mogłem się zgodzić na niejasne zasady wykupu K 1. Gdy wychodziliśmy z sali, powiedziałem Beacie Klimek, że już jej nie ufam i następnego dnia wystąpiłem z jej klubu.

Czy w obecnej sytuacji jest pan zadowolony, że rozpoczęła się budowa hali przy Wojska Polskiego?

– To ja uratowałem tę inwestycję, dałem prezydent Klimek gotowe, przygotowane z architektem, koncepcje budowy hali w tamtym miejscu. Przychylił się do tego również pan Borowczak i tylko dzięki temu zmieniono wcześniejsze plany budowy centrum przesiadkowego tak, że zmieściła się tam także hala. To on zrobił, a nie Beata Klimek. Dobrze, że się tak stało, choć zdaję sobie sprawę, że trzeba będzie w kolejnych latach doposażyć halę, przy zgodzie rady, w odpowiedni sprzęt, żeby hala była prawdziwą wizytówką miasta.

Jest pan przykładem, że w polityce trudno o „stałość” w uczuciach…

– Byłem uczestnikiem jednego rozdania, teraz jestem w innym, ale wszyscy w radzie – może poza dwoma radnymi –  chcą ze mną rozmawiać. Prawdziwa sztuka polega na tym, żeby w radzie zbudować większość do realizacji swoich pomysłów i mnie się to udaje. Problem zaczyna się, że jak wytykam błędy urzędników, to jestem traktowany, jako wróg. Tak było nie tylko z panią Klimek. Prezydent Torzyński nasłał na mnie ludzi, żeby wymierzyli granice mojego obiektu gospodarczego i dokładnie coś sprawdzali. Zrobił to na dodatek źle, ale ja nic z tym nie zrobiłem, bo nie chciałem narażać miasta na proces. Prezydent Urbaniak z kolei obraził się na mnie, kiedy wystartowałem w wyborach do Senatu. A ja miałem przyzwolenie od pana Żelanowskiego, bo on nie obawiał się mnie. Wtedy mnie wyrzucono z klubu radnych.

A czy w tej kadencji ktoś pana skądś wyrzucał?

– Nie, ja sam odszedłem z jej klubu, bo nie jestem jej podwładnym. Mam swój rozum i są pewne granice.

 

Kontrola przetargu na halę

Na ostatniej sesji wyszedł pan z wnioskiem kontroli Komisji Rewizyjnej okoliczności przetargu na halę?

– Zaniepokoiły mnie sformułowania w oficjalnych pismach do miasta firm, które przegrały w przetargu. Podejrzewali członka komisji o zmowę ze zwycięską firmą w przetargu. Widziałem też fragment korespondencji urzędowej między panią prezydent i członkiem komisji, w których padają nazwiska czterech osób, które będą musiały się w tej sprawie wypowiedzieć. Jedno nazwisko to znany architekt, który wręcz groził członkowi komisji. Pani prezydent daje tam wprost polecenia członkowi komisji, jak ma postępować w związku z zarzutami zmowy ze strony firmy, która  przegrała przetarg.

To coś złego, pańskim zdaniem?

– To nie pracownik urzędu – członek komisji – powinien wystąpić na drogę sądową za te oskarżenia, tylko miasto. Pani prezydent sugerowała mu pozew cywilny o zniesławienie, tymczasem to ona, jako zwierzchnik, powinna działać w celu wyjaśnienia tej sytuacji, aby bronić dobrego imienia miasta. 

 

Z kim do współpracy?

Wybory są nieprzewidywalne. Jak pan wyobraża sobie współpracę z prezydentem miasta, gdyby to nie pan został nim wybrany?

– Dla dobra Ostrowa Wielkopolskiego jestem w stanie pomóc każdemu prezydentowi -– oprócz Beaty Klimek, bo nasza współpraca już się definitywnie zakończyła. Pani prezydent prosiła mnie na początku kadencji, żebym na jakiś czas nie wychodził przed szereg z problemami, którymi chciałem się zająć. Chodziło między innymi o poprawę retencji, zbiórki odpadów. Miały być powołane odpowiednie zespoły problemowe w tych tematach. Po dwóch latach nic nie zrobiono w tym kierunku. A problemy narastają. Następne pięć lat przy jej rządach doprowadziłoby do bardzo złej sytuacji ekonomicznej miasta. Wpływy z podatków maleją, a koszty stałe miasta rosną. Już teraz nie wystarcza nam na budowę dróg. Koszty stałe trzeba ograniczać, a nie rozbudowywać.

Jak chciałby pan przekonać, że to właśnie pan jest najlepszym kandydatem na prezydenta Ostrowa?

– Wskazując na mój dorobek. Niech sobie wyborca sam odpowie, co ci trzej pozostali kandydaci zrobili dla miasta. Ja mogę wskazać swoje sukcesy w wielu dziedzinach.

A ten największy?

– Harmonijny rozwój, od 35 lat, osiedla zacharzewskiego. My robimy tam ulice po kolei, jedna po drugiej, a nie wszystko po kawałku. Tak samo chciałbym działać w mieście.

Wyborcy ocenią, czy to wystarczy. Dziękuję za rozmowę. 

 

 

 

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie