Pomóżmy uratować serduszko Zosi!

 

Wystarczy chwila dłuższej zabawy, by paluszki i usteczka prawie trzyletniej Zosi robiły się sine, jej oddech ciężki, a mała buzia bladła. Ze względu na problemy z oddychaniem podczas wysiłku, rodzice często dosłownie noszą ją na rękach, by nie zmuszać jej do chodzenia. Serduszko Zosi słabnie z każdym dniem i pilnie potrzebuje operacji – w tej samej niemieckiej klinice, w której pomożono innemu dziecku z naszego regionu, małej Michalince. Teraz na swoją szansę czeka Zosia.

 

zosia

 

Państwo Katarzyna i Andrzej Kujawiakowie mieszkają teraz w Krotoszynie, ale mama małej Zosi pochodzi z Raszkowa. Rodzice dowiedzieli się o potencjalnych problemach ze zdrowiem swojego dziecka podczas badań prenatalnych.

– Nasza radość i szczęście trwały zaledwie 22 tygodnie. W 18 tygodniu dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli córeczkę. Potem nasz świat runął w ciągu kilku sekund. Podczas badania połówkowego w 23 tygodniu ciąży lekarz długo w ciszy przyglądał się naszemu maleństwu. Po chwili milczenia z jego ust padło pytanie: „Czy ktoś w Państwa rodzinie ma wadę serca?”. W tym momencie nogi nam się ugięły – opowiada mama Zosi.

 

Straszna diagnoza

Lekarz oznajmił, że córeczka ma wrodzoną, ciężką i złożoną wadę serca i po urodzeniu będzie musiała przejść co najmniej trzy operacje na otwartym sercu. Wstępnie ocenił, że to atrezja tętnicy płucnej. Dzięki szybkiej i trafnej diagnozie jeszcze przed porodem mamę i dziecko skierowano do odpowiednich specjalistów, żeby zapewnić jak najlepszą opiekę.

 Tydzień później mama i dziecko trafili do Poznania na szczegółowe badanie echa serca płodu. Diagnoza, niestety, się potwierdziła: atrezja tętnicy płucnej z ubytkiem przegrody międzyprzedsionkowej oraz naczyniami krążenia obocznego Mapcas – czyli brak pnia płucnego i tętnic płucnych, naczyń krwionośnych odpowiedzialnych za dotlenienie organizmu. Organizm Zosi wytworzył nieprawidłowe gałęzie krążenia obocznego, które choć zaopatrują organizm w tlen, to jednak nie rosną wraz z nią.

 Rodziców dopadło przerażenie. Co dalej z wymarzoną córeczką? Na dalszy plan zeszła wyprawka czy pokoik, a zamiast wybierać wózek dla Zosi, musieli wybrać szpital, w którym przyjdzie na świat.

 

Chrzciny w szpitalu  

 Zosia urodziła się 9 października 2015 roku w Ginekologiczno – Położniczym Szpitalu Klinicznym przy ulicy Polnej w Poznaniu. Żeby nie obciążać jej chorego serduszka, podczas porodu lekarze podjęli decyzję o wykonaniu cesarskiego cięcia.

Zosia pojawiła się na świecie o godz. 8.19. Ze względu na jej stan, mama nie mogła jej nawet zobaczyć, dotknąć, przytulić. Zosia została zabrana przez lekarzy i przewieziona do Szpitala Klinicznego im. Karola Jonschera przy ul. Szpitalnej. Natychmiast podłączono jej lek o nazwie Prostin, aby utrzymać ją przy życiu do czasu operacji.

– Pierwszy raz zobaczyłam córeczkę po wypisaniu mnie ze szpitala. Zosia miała wtedy trzy dni i ważyła 2,8 kg. Leżała podłączona do monitora, który pokazywał jej parametry życiowe. W maleńkiej rączce i nóżce był wkuty wenflon, w nosku miała sondę do podawania mleczka, gdyż nie miała siły, żeby pić z butelki. Po tygodniu dostaliśmy do podpisania zgodę na pierwszą operację. Dzień przed nią poprosiliśmy kapelana szpitalnego o chrzest. Pokój był ciemny, w nim trzy łóżeczka, a w jednym z nich nasza malutka bezbronna kruszynka, która nie zdawała sobie sprawy z tego, jaką będzie musiała stoczyć walkę na następny dzień. Pierwszy ważny sakrament przyjęty przez Zosię, pierwsza ważna uroczystość w jej życiu miała miejsce właśnie tam… w murach szpitala, przy obecności samych rodziców – opowiada z trudem mama Zosi.    

 

Pierwsza operacja

Dzień 21 października był jednym z najtrudniejszych dni w życiu rodziców. O godz. 8.00 ich córeczka przeszła pierwszą ratującą życie operację na otwartym sercu, w krążeniu pozaustrojowym i głębokiej hipotermii, która trwała 6 godzin.

– Były to najdłuższe godziny w życiu naszym i całej naszej rodziny. Nasze serce rozpadało się wtedy na milion kawałków. Ból i płynące łzy uniemożliwiały nam oddychanie. Tak bardzo  baliśmy się, że to może ostatni raz widzimy ukochaną Zosię – opowiadają rodzice.

Podczas operacji zostało wykonane zespolenie systemowo – płucne, które polega na połączeniu protezą naczyniową pnia płucnego z aortą wstępującą. Wykonywane jest w przypadku istotnego niedotlenienia organizmu w przebiegu siniczej wady serca ze zmniejszonym przepływem płucnym przy niemożności  wykonania operacji radykalnej. U noworodków, takich jak Zosia, zespolenie systemowo-płucne wykonywane jest ze wskazań pilnych, wyjątkowo  nagłych.

 Operacja się powiodła. Zosieńka została przekazana na Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii, gdzie spędziła 10 dni. Otwarta klatka piersiowa, respirator, dreny, rurki, kable, pompy, strzykawki, piszczący co jakiś czas alarm kardiomonitora i obrzęk pooperacyjny… To nie jest widok, o którym marzy rodzic, patrząc na swoje dzieciątko.

– Mogliśmy być z nią jedynie trzy razy dziennie po 15 min. Często zabraniano nam nawet chwycić ją za rączkę czy pogłaskać po główce. Dni upływały bardzo powoli pod znakiem bezradności lekarzy, zapewniających jedynie, że potrzeba czasu, a jedyne „dobre” słowa to: „Jest ciężko, ale stabilnie” – opowiada mama Zosi.

 

Walka o życie trwa

Zosia stopniowo nabierała sił. Po 10 dniach z oddziału intensywnej terapii została przeniesiona na oddział kardiologii, a po 1,5 mies. wróciła do domu.

 To nie koniec jej walki o życie, ale dopiero początek. Życie z wadą serca przypomina życie z tykającą bombą, bo w każdej chwili dziecku grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Pierwsza operacja ratującą życie Zosi była zrobiona perfekcyjnie przez zespół poznańskich lekarzy. Zespolenie miało wystarczyć Zosi na zaledwie 6 miesięcy. Tymczasem, dziś Zosia ma niemal 3 latka.

 Jednak dla rodziców każdy następny dzień to dzień pełen lęku, czy zespolenie wytrzyma. Tak naprawdę wada serduszka cały czas jest nie skorygowana. Żaden ośrodek w Polsce nie chce podjąć się całkowitej, jednoetapowej korekty wady. Rodzice zwrócili się o pomoc do profesora Edwarda Malca, kierownika Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej w Klinice Uniwersyteckiej w Münster, w Niemczech. To ten sam lekarz, który tak wspaniale pomógł innej dziewczynce z naszego regionu, małej Michalince, o której wielokrotnie pisaliśmy w „Gazecie Ostrowskiej”.

Zosia otrzymała już kwalifikację do cewnikowania serca i operacji. Jaka to będzie operacja, dowiemy się dopiero w Niemczech.

 

Zosia potrzebuje pomocy

Dziś życie Zosi zależy głównie od czasu i pieniędzy. Sen z powiek rodziców spędza jednak cena operacji: 37 tysięcy euro, to jest ok. 157 tys. zł. Operacja musi odbyć się do końca 2018 roku. Zostało więc tylko kilka miesięcy, by zebrać pieniądze.

– Mamy nadzieję, że nasz apel usłyszą osoby o gorącym sercu. Św. Jan Paweł II powiedział: „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi”. Dobro okazane na pewno powraca. Prosimy o pomoc, aby nasza córeczka mogła żyć – apelują rodzice.

 

Jak można pomóc?

Zosia 2

My też mamy nadzieję, że dzięki wielkim sercom i hojności ostrowian uda się uratować i to małe serduszko, uda się uratować Zosię.

Od dziś adres i wszelkie dane potrzebne do wykonywania tak potrzebnych wpłat będą dostępne w każdym kolejnym papierowym wydaniu „Gazety Ostrowskiej” i na naszej stronie internetowej: www.gazetaostrowska.pl. Każdej osobie zainteresowanej inną formą pomocy rodzicom i dziecko udostępnimy kontakt do rodziców.

Dokładny stan finansowy zbiórki na rzecz operacji Zosi jest dostępny na stronie: www.siepomaga.pl/serduszkozosi.

Jarosław Wardawy

 

 

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie