Poszły konie po betonie – felieton

Bodaj najtrudniejszy start do kampanii miał Mikołajczyk, a to z racji udziału w jego inauguracyjnym wystąpieniu nieproszonych gości. Pozostali kandydaci nie musieli się tak gimnastykować.

 @2

 

 

 

Też lubicie tytułowe hasło, które pasuje do (prawie) każdego kontekstu? A może wolicie klasyczne „ogary poszły w las”? Jak zwał, tak zwał, ale wniosek jest jeden: kampania wyborcza przed wyborami samorządowymi rozpoczęła się w Ostrowie na dobre.

 Póki co mamy troje ogłoszonych publicznie kandydatów do prezydenckiego fotela. To koalicyjny kandydat wspierany przez PO i Nowoczesną Damian Grzeszczyk, partyjny nominat Prawa i Sprawiedliwości Łukasz Mikołajczyk oraz urzędującą prezydent Beatę Klimek. Stawkę uzupełnia radny Alojzy Motylewski, który póki co nie obwieścił „Urbi et Orbi” szczęśliwej nowiny o kandydowaniu, ale ponoć zarejestrował już swój komitet.

 Bodaj najtrudniejszy start do kampanii miał Mikołajczyk, a to z racji udziału w jego inauguracyjnym wystąpieniu nieproszonych gości. Gdy tylko stanął, ze swoimi zwolennikami, przed ratuszem, za ich plecami pojawili się ludzie z dużym transparentem z napisem: „Mikołajczyk nie chciał pracować dla Ostrowa. Sam to przyznał. Partia zdecydowała. Chcemy profesjonalisty, a nie partyjnego słupa”. Akcję przygotowali ludzie znani z regularnych protestów przed ostrowskim sądem. To był z pewnością mocny „strzał”. Choć kandydat próbował na wszelkie sposoby ukryć zdenerwowanie, to jednak wyraźnie było widać, że pokrzyżowało mu to szyki. Nie ma się co dziwić, bo nie znam polityka, który potrafiłby z takiej sytuacji wyjść bez szwanku.

Gwoli prawdy trzeba przyznać, że protestujący przeciwko jego kandydaturze uderzyli mocno, ale nie przekraczając bariery kultury politycznej. Podczas gdy Łukasz Mikołajczyk przedstawiał kolejne punkty swojego programu, tuż obok niego cały czas stał jeden z protestujących, z egzemplarzem Konstytucji w dłoni. Nikt jednak nie zakłócał słownie przebiegu konferencji, nie przerywał, nie zagłuszał, choć nie zabrakło trudnych dla kandydata pytań.

 Pozostali kandydaci nie musieli się tak gimnastykować. Grzeszczyk spokojnie powiedział, co miał do powiedzenia w zacisznym n-klubie, a Beata Klimek w parkowym zaciszu ogłosiła starania o reelekcję. Swoją drogą, nie ona pierwsza wpadła na taki pomysł. Swego czasu, a dokładniej 16 lat temu, urzędujący jeszcze wówczas prezydent Mirosław Kruszyński też wybrał parkowe alejki na miejsce ogłoszenie swoich wyborczych planów. Wiadomo, z jakim skutkiem.   

 O programie wyborczym urzędującej prezydent miasta nie można jeszcze wiele powiedzieć, ponad to że zakłada kontynuację tego, co robiła do tej pory. Beata Klimek zapowiedziała ogłoszenie programu na 13 września. O Motylewskim nie wspomnę, bo oficjalnie nawet jeszcze nie poinformował o kandydowaniu.

 Bardziej rozmowni byli obaj pozostali kandydaci. Obaj wypalili z grubej rury: Mikołajczyk zapowiedział wprowadzenie darmowej komunikacji miejskiej, a Grzeszczyk budowę podziemnego parkingu pod częścią rynku. Żaden z nich nie pokazał jednak dokładnych rachunków, ile to będzie kosztować, ani skąd wziąć na to pieniądze, poza iluzorycznymi zapowiedziami budżetowymi.

Stosunkowo najwięcej ze swojego programu zdradził Mikołajczyk. Mnie spodobał się na przykład pomysł przedłużenia raz w tygodniu godzin pracy Urzędu Miejskiego do późnego popołudnia. Każdy pracujący etatowo wie, jak trudno jest załatwić urzędową sprawę, kiedy człowiek sam pracuje do 15.00. O tej godzinie magistrat przypomina mi… Fabrykę Wagon. Urzędnicy mają zapewne idealnie zsynchronizowane zegarki, bo urzędniczy tłum pojawia się regularnie w drzwiach wyjściowych z regularnością co do minuty, właśnie w okolicy tej godziny. Trzeba więc urwać się z pracy wcześniej, jak ktoś chce coś załatwić, albo odpuścić.

Pomysł Grzeszczyka wydaje się niektórym niemożliwy do zrealizowania. Ja sądzę jednak, że to odważne rozwiązanie, choć bardzo trudne do zrealizowania. Grzeszczyk spotkał się na „dzień dobry” z krytyką, że ruch należy wyprowadzać z centrum miasta, a nie ułatwiać tam parkowanie. Nie zgadzam się z tym fundamentalnie. Pozostawienie obecnego układu ruchu w obecnym stanie w połączeniu z istniejącymi problemami z parkowaniem to powolny, rozłożony na raty wyrok śmierci dla śródmieścia. Kto nie wierzy, niech przejdzie się za dnia deptakiem, albo przypominającą skansen z lat 90. ulicą Kaliską, czy Kościelną.

 Mimo wszystkich różnic, jedna deklaracja łączy wszystkich oficjalnych kandydatów na prezydenta miasta. Wszyscy, jak jeden mąż (i zona) wzywają do merytorycznej debaty o problemach miasta i spokojnej, merytorycznej kampanii. Przyznam, że po tym, co można było zobaczyć do tej pory jakoś trudno uwierzyć mi, że tak właśnie będzie. Chciałbym się mylić, ale zapowiada się krótka i bardzo ostra walka o głosy. Cała nadzieja w tym, że w ostatecznym rozrachunku i tak zadecydują krzyżyki wyborcze, które każdy z nas będzie stawiał według własnego uznania i sumienia.

Jarosław Wardawy

 

 

 

Przeczytaj również

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie