Przeprosiny po 60 latach – tragiczna historia omyłkowego zamachu

To było jedno z najbardziej tragicznych wydarzeń okresu okupacji hitlerowskiej w Ostrowie. Na skutek pomyłki śmierć poniósł nie niemiecki konfident, ale przedwojenny podoficer, ojciec rodziny. Armia Krajowa oddała honor ofierze i jej bliskim dopiero po 60 latach.

stawik1

Antoni Stawik i Piotr Lipiński znali się od dawna. Obaj mieszkali w tej samej dzielnicy Ostrowa. Przed wojną razem byli w wojsku, a w czasie okupacji pracowali w tym samym zakładzie budowlanym Adamka przy ulicy Odolanowskiej. Nosili te same spodnie wojskowe i byli do siebie bardzo podobni. Jednak różnił ich stosunek do okupanta. Podczas gdy Stawik, powstaniec wielkopolski, nie poszedł na żadne układy i robił wszystko, aby w czasie wojny zapewnić rodzinie byt, to Lipiński wybrał łatwiejszą drogę. Podpisał Volkslistę i rozpoczął współpracę z hitlerowcami. Był jednym z najaktywniejszych konfidentów ,,wsypujących’’ bez skrupułów działaczy podziemia. Kilkadziesiąt osób za jego sprawą było więzionych, prześladowanych, trafiło do obozów lub przed pluton egzekucyjny.

 

Trutka dla zdrajcy

Nic dziwnego, że miejscowy ruch oporu postawił sobie za cel wyeliminowanie zdrajcy, tym bardziej, że nie skutkowały żadne ostrzeżenia, jakie kierowano pod jego adresem. Formalny wyrok wydał sąd specjalny przy Komendzie Okręgu Poznańskiego Armii Krajowej z siedzibą w Ostrowie. Przymiarki do egzekucji trwały bardzo długo. Początkowo szukano podstępu. Nawiązano kontakt z kochanką Lipińskiego, próbując podsunąć konfidentowi trutkę iperytową. Zgon nastąpiłby po kilku tygodniach i ryzyko ujawnienia prawdy było niewielkie. Niestety, plany te spaliły na panewce. Wówczas jeden z żołnierzy, plutonowy Sobczak, zdecydował, że zabije zdrajcę pod pretekstem zazdrości o kobietę. I ta koncepcja nie powiodła się. Pozostał bezpośredni zamach.

 

Miał przeczucie?

Rankiem 6 lipca 1944 roku przy ulicy Odolanowskiej grupa ostrowskiego Kedywu wykonała wyrok. Wybrano miejsce i czas, kiedy Lipiński zawsze chodził do pracy. Egzekutor w mundurze gestapowca poruszał się na rowerze, ubezpieczany z tyłu przez kolegę. Cały teren był obserwowany przez dywersantów gotowych otworzyć ogień w przypadku pogoni. Wszyscy zdołali bezpiecznie uciec. Na jezdni pozostał tylko śmiertelnie ranny mężczyzna. Nie był nim jednak Piotr Lipiński.
– Firma, w której pracował ojciec, mieściła się po drugiej stronie ulicy – wspominał po latach syn, Marian Stawik. – Miałem wtedy siedem lat, ale wszystko dobrze pamiętam. Dzień wcześniej ojciec opowiadał, że we śnie widział strzelającego do niego hitlerowca. Może miał jakieś przeczucie? Nazajutrz rano przechodził przez ulicę do magazynu. To było tuż koło naszego domu. Nagle podjechał mężczyzna przebrany za Niemca i strzelił do niego z bliskiej odległości. Może gdyby była natychmiastowa pomoc lekarska, udałoby się go uratować. Ale szef firmy, Adamek, nie chciał pożyczyć samochodu, tylko kazał ojca nieść do szpitala na noszach.
– Zmarł na moich rękach. Minęło już tyle lat, a ja ciągle mam przed oczami ten widok i zdumienie na jego twarzy, gdy konał – mówiła pani Helena, wdowa po  Antonim.

 

Konfident burmistrzem

Lipiński był w pobliżu miejsca zamachu. Zrozumiał, że tylko przypadkowi i podobieństwu zawdzięcza ocalenie. Uczcił to… pójściem na wódkę z innym, nie mniej znanym ostrowskim konfidentem, Knakowskim. A następnego dnia już go w mieście nie było. Niemcy przezornie wysłali go w głąb Rzeszy. Po okupacji próbował ułożyć sobie nowe życie. Został… burmistrzem miasta Przybórz na Ziemiach Odzyskanych. Niedługo jednak cieszył się opinią prawego obywatela. Został zdemaskowany już w lipcu 1945 roku.
Aresztowano go w budynku starostwa w Rawiczu. Został rozpoznany przez dziesiątki skrzywdzonych ostrowian. Podczas procesu próbował usprawiedliwić swoją okupacyjną przeszłość troską o los 12-letniego syna. Nie był jednak w stanie wybronić się przed karą śmierci, na którą skazano go aż trzykrotnie. Został stracony w ostrowskim więzieniu, tym samym, do którego posłał wielu rodaków.  Po wojnie synowie Stawika i Lipińskiego chodzili razem do szkoły. – Nawet się przyjaźniliśmy. Długo utrzymywaliśmy kontakty – dodaje Marian Stawik.

 

Skrywana prawda

Po tragicznym zamachu wdowa została sama z dwójką małych dzieci, bez środków do życia. Jakoś dotrwała do końca okupacji, a potem znalazła stałą pracę i sama wychowała dzieci. Cały czas jednak zadawała sobie pytanie, dlaczego zginął jej mąż. Dramat nie został ,,rozliczony’’ w Polsce Ludowej, ani po 1989 roku, kiedy to żołnierze Armii Krajowej mogli głośno mówić o skrywanej dotąd historii. Dopiero w lutym 2004 roku na ręce wdowy po niewinnie zastrzelonym sierżancie oficjalne przeprosiny i zadośćuczynienie przekazali ówczesny prezydent Ostrowa Jerzy Świątek i zarząd ostrowskiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
– Doszliśmy do przekonania, że trzeba to wreszcie załatwić. Nie można tego zostawić, aby obciążało kolejne pokolenia. Dziś ogromnie ubolewamy, że doszło do tak tragicznej pomyłki. Kierujemy słowa serdecznego współczucia rozumiejąc ból i krzywdę wyrządzoną rodzinie. Pragniemy, aby postać wspaniałego Polaka Antoniego Stawika znalazła się wśród wszystkich zasłużonych, którzy ponieśli ofiarę życia za wolną i niepodległą Polskę – powiedział wówczas Edmund Jakubek, prezes oddziału ŚZŻAK.
– Dla mamy to był wyjątkowy dzień. Wstała już o piątej rano i czekała na gości. To było dla niej wielkie i bardzo wzruszające przeżycie. Zdajemy sobie sprawę, że oficjalne przyznanie się do tej pomyłki wymagało wielkiej odwagi. Dobrze, że druga strona ją wykazała – podkreślał Marian Stawik.

 

Moralna satysfakcja

Dlaczego na zadośćuczynienie zdecydowano się dopiero po 60 latach? Edmund Jakubek tłumaczył wówczas, że lepiej późno niż wcale. On sam kierował wtedy oddziałem dopiero od niedawna. Przed nim nikt nie zajął się tą sprawą. On osobiście nie pamiętał wydarzenia z 1944 roku, gdyż w tym czasie działał w partyzantce w innym regionie.
– Omyłkowe zamachy na konfidentów zdarzały się często. W warunkach okupacji trudno było przecież o przygotowanie dokładnego rozpoznania. Jednak nikt o to w szeregach AK nie miał do nikogo pretensji. Również i w sprawie Antoniego Stawika nikogo nie potępiamy. Czy można było wcześniej ujawnić całą prawdę? Do 1989 roku było to niemożliwe z oczywistych względów. Trudno mi wypowiadać się, czy w latach 90. było przyzwolenie na zorganizowanie takiej uroczystości. Wówczas też było różne podejście do
spraw Armii Krajowej. Przeważył pogląd, aby nie ruszać tej bolesnej historii. Czasy się jednak zmieniają, zmieniają się ludzie. Wiedzieliśmy, że wdowa oczekuje słowa przepraszam, którego nie usłyszała przez 60 lat. To wszystko, co możemy dziś zrobić – mówił w lutym 2004 roku Edmund Jakubek, który zmarł niespełna dziewięć lat późnej, 19 stycznia 2013 roku.

Renata Weiss

 

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie