W polityce trzeba być pragmatykiem

O „genie władzy” prezydent Beaty Klimek, kulisach zdobywania i tracenia większości w radzie, problemach budżetowych i planach na nadchodzące wybory samorządowe, z ANDRZEJEM KORNASZEWSKIM – przewodniczącym Klubu Radnych Platformy Obywatelskiej Rady Miejskiej Ostrowa Wielkopolskiego rozmawia Jarosław Wardawy

 Kornaszewski 1

 

Kto rządzi w Ostrowie Wielkopolskim: prezydent miasta czy Rada Miejska?

- To dobre pytanie, bo wciąż panuje wokół tego sporo nieporozumień. Często zwracają się do mnie ostrowianie z pytaniami typu: czemu wy, radni, nie zrobicie tego czy owego. Wtedy ja po raz kolejny muszę tłumaczyć, że nie mogę wchodzić w kompetencje prezydenta. Ludzie często zapominają, że tak na poziomie kraju, jak i samorządu, są podzielone kompetencje. Ustawa dokładnie stanowi, jakie są kompetencje rady, a jakie prezydenta. Rada generalnie służy do uchwalania prawa miejscowego i do kontroli działań władzy wykonawczej. Z kolei władza wykonawcza – czyli wójt, burmistrz czy prezydent miasta – ma za zadanie wykonywanie uchwał i ma prawo wysuwać projekty uchwał.

To wszystko wiemy z przepisów, ale jak to jest obecnie w praktyce w Ostrowie?

- Do tej kadencji mieliśmy w Ostrowie sytuację, że prezydent rządził, dysponując poparciem większości radnych w Radzie Miejskiej. Teraz jest inaczej. Teraz większość ma opozycyjna wobec prezydenta miasta część rady. W tej nowej sytuacji współpracy na innych zasadach uczą się wszyscy; zarówno radni, jak i pani prezydent.

Kiedy spotkaliśmy się na początku kadencji z nową panią prezydent Klimek, usłyszeliśmy deklarację współpracy. Spodziewaliśmy się, że będziemy się spotykać i rozmawiać o problemach miasta. Okazało się jednak, że pani prezydent nie jest skora do rozmów – mimo gestów dobrej woli z naszej strony.

Jakich gestów?

- Pierwszym takim gestem było nieobniżenie na początku kadencji wynagrodzenia prezydenta miasta, choć oczywiście, dysponując 15 głosami w 23-osobowej radzie, mogliśmy to zrobić. Ponadto, przyjęliśmy cały szereg zmian do budżetu zaproponowanych przez panią prezydent. Mogliśmy spokojnie odrzucić „becikowe”, zniesienie opłaty za pobyt w przedszkolu, kartę seniora, ale tego nie zrobiliśmy, bo uznaliśmy, że ważniejsze jest dobro mieszkańców. W odpowiedzi dostaliśmy ze strony prezydent Klimek całą serię konferencji prasowych, na których narzekała, że ta zła rada nie daje jej realizować programu wyborczego. Mimo tego po roku chwaliła się już realizacją większości swego programu! Krytykowaliśmy inwestycje robione wyłącznie „za swoje” bez pozyskiwania funduszy z zewnątrz. Później doszedł do tego nieuzasadniony wzrost zatrudnienia w Urzędzie Miejskim. W tym samym czasie pani prezydent lekką ręką pozbywała się wartościowych osób, fachowców od pozyskiwania środków zewnętrznych. Sztandarowym przykładem może być pani Karolina Pilarczyk, której „podziękowano” za pracę w Ostrowie i robi teraz karierę w Kępnie, gdzie jest prawą ręką burmistrza i realizuje duże inwestycje.

 

OPOZYCJA W OPOZYCJI

Mieliście zdecydowaną większość w radzie, mogliście kontrolować poczynania prezydenta na bieżąco.

- Większość mieliśmy tylko do czasu. Myślę, że pani prezydent od początku przyjęła zasadę wyciągania z naszych szeregów poszczególnych radnych. Wszystko oczywiście działo się po cichu, ”pod stołem”, ale dało się to zauważyć na naszych klubowych spotkaniach. W ramach naszego klubu pojawiła się 4-5 osobowa „opozycja w opozycji”, która próbowała torpedować nasze pomysły. To była taka „dyktatura mniejszości” i próby i torpedowania naszych poczynań swoistym szantażem.

O co spieraliście się wtedy wewnątrz klubu? 

- Po raz pierwszy podział dał się zauważyć przy sprawie budowy basenu. My chcieliśmy, żeby z tym poczekać, zdobyć środki zewnętrzne i wybudować większy obiekt, a wspomniana grupa radnych naciskała, żeby budować tak, jak chce pani prezydent. Przez kolejne pół roku trwały przepychanki w klubie, więc postanowiliśmy powiedzieć „sprawdzam” i zarządziliśmy dyscyplinę podczas głosowania nad absolutorium dla pani prezydent za rok 2015. Jak pamiętamy, pięciu radnych demonstracyjnie zagłosowało mimo dyscypliny za absolutorium dla prezydent Beaty Klimek. Tym samym, radni: Topolan, Szmaj, Malik, Śliwiński i Lisiecki złamali naszą wyborczą umowę i odeszli z klubu, a my straciliśmy większość w radzie.

Mocno zabolało?

- Na początku tak, bo zawsze boli, jak ktoś złamie dane słowo. Z czasem zaczęliśmy dostrzegać pozytywy nowej sytuacji. Pani prezydent nie mogła już dalej mówić o radzie, jak jej akurat pasowało: raz powtarzała „przecież to wy macie większość i to przyjęliście”, a kiedy nie przyjmowaliśmy jej projektów uchwał, to skarżyła się, że ta „zła” rada przeszkadza jej na złość.

Warto było dla tego dobrego samopoczucia położyć na szali większość w radzie?

- Na drugiej szali była odpowiedzialność wynikająca z większości w radzie w sytuacji, gdy coraz bardziej traciliśmy kontrolę nad jej funkcjonowaniem i sytuacją wewnątrz klubu.

 

 

Nie chcieliśmy być „listkiem figowym” i firmować dalej złych, naszym zdaniem, elementów działalności pani prezydent. Z zewnątrz to wyglądało, że pani prezydent „dogaduje” się z opozycją w radzie. W rzeczywistości, to nie prezydent Klimek się z nami „dogadywała”, tylko my byliśmy szantażowani w klubie przez grupę radnych sprzyjających jej „po cichu”.

 

WIĘKSZOŚĆ DLA PREZYDENTA

Co się zmieniło w funkcjonowaniu rady, gdy przez niemal rok większością w niej dysponowała prezydent Klimek?

- Z naszego punktu widzenia niewiele, bo nadal krytykowaliśmy te poczynania pani prezydent, które na to zasługiwały. Z kolei pani prezydent przestała już w ogóle przejmować się opozycją. To wszystko w sytuacji, gdy przyjmowaliśmy zdecydowaną większość proponowanych przez nią uchwał. Każde najdrobniejsze „nie” z naszej strony spotykało się wręcz z histeryczną reakcją, nawet na oficjalnych stronach Urzędu Miejskiego, co było rzeczą bez precedensu.

Jednym z pierwszych efektów zmiany układu sił w radzie miejskiej było „wycięcie” wszystkich przewodniczących komisji i zastąpienie ich radnymi sprzyjającymi pani prezydent.

- Spodziewaliśmy się tego, ale zaskoczyła nas skala tych zmian. Czekaliśmy, czy spróbują to merytorycznie uzasadnić albo odwołają tylko część z nas. Tak podobno miało być w pierwotnej wersji, ale stało się inaczej. Jeśli wierzyć plotkom, to na spotkaniu dwóch nowych klubów była propozycja zostawienia na stanowiskach przewodniczących radnych: Herwicha i Wojciecha Kornaszewskiego, ale podobno pani prezydent powiedziała, żeby wymienić wszystkich przewodniczących komisji. I tak też się stało, bez najmniejszego uzasadnienia. Przyznał to pośrednio radny Malik, mówiąc wprost w jednej z wypowiedzi, że to „kara” za naszą dyscyplinę przy głosowaniu nad absolutorium. 

Wspomniał pan o przewodniczącym Lisieckim. Kiedy zaczęły się rozchodzić wasze drogi?

- Kiedy mieliśmy jeszcze większość w opozycji, liczyliśmy, że kierownictwo rady przejmie rolę pasa transmisyjnego między nami i panią prezydent. Tymczasem, pani prezydent, owszem, spotykała się, ale tylko z kierownictwem rady, a nie z nami. Nas nawet o takich spotkaniach nie informowano. Stopniowo, pani prezydent z przewodniczącym Lisieckim stali się niczym papużki nierozłączki, podczas gdy kontakty z radą zostały ograniczone do minimum. Pan Szmaj i pan Lisiecki na komisjach pojawiali się niemal wyłącznie wtedy, kiedy potrzebna była większość do przyjęcia pomysłów pani prezydent.

Nie próbowaliście tego jakoś naprawić? W końcu byliście przez kilkanaście lat w jednym politycznym środowisku z Jarosławem Lisieckim.

- Jarosław Lisiecki był wiceprzewodniczącym powiatowych struktur Platformy Obywatelskiej i co najmniej dwukrotnie usiłowałem przeprowadzić z nim poważne rozmowy na ten temat. Bez skutku.

Kiedy przelała się czara goryczy?

- To miało miejsce przed głosowaniem nad absolutorium dla prezydent Beaty Klimek.

 

Radny Lisiecki grał pierwsze skrzypce podczas secesji pięciu radnych, z którymi się ostatecznie pożegnaliśmy po tym głosowaniu. To on próbował narzucać nam, co mamy robić. Nie mogliśmy się na to zgodzić.

 

Przez kilka miesięcy nowa koalicja wokół prezydenta miasta funkcjonowała sprawnie, przyjmując wszystkie projekty uchwał Beaty Klimek. W którym momencie zaczęło zgrzytać?

- Moim zdaniem punktem przełomowym była decyzja o wyrzuceniu z przewodniczenia komisji bezpieczeństwa doświadczonego radnego Herwicha i zastąpienia go niedoświadczonym radnym Banasiakiem. Po tej niesprawiedliwej, egoistycznej decyzji nasza współpraca z panem Herwichem tylko się zacieśniła. Ponadto, już wcześniej w wielu sprawach zgadzaliśmy się z radnym Herwichem i Matuszczakiem i głosowaliśmy tak samo.

 

WAHADŁO WŁADZY

Nawet z tymi dwoma radnymi nadal było 12:11 dla pani prezydent w 23-osobowej radzie. Języczkiem u wagi stał się radny Motylewski.

- Było widać na kolejnych sesjach, jak kolega Motylewski coraz częściej krytykuje panią prezydent, ale wtedy jeszcze głosował za jej pomysłami.

Przełomem stała się sprawa wyboru koncepcji budowy hali. Radny Motylewski był gorącym zwolennikiem budowy nowej hali przy ulicy Wojska Polskiego, a nie rozbudowy K1.

- Wybór koncepcji budowy hali to kolejny dowód na to, że pani prezydent nie ma zdolności koncyliacyjnych, bo gen władzy jest u niej zbyt duży. Chyba nie przemyślała dobrze tego tematu i zbyt mocno krytykowała radnego Motylewskiego, który szczególnie nie lubi być publicznie pouczany.

Czy widząc to klub zwrócił się w stronę do radnego Motylewskiego, czy Motylewski przyszedł do klubu?

- Nie mamy żadnej „zasługi” w tym, że radny Motylewski odszedł z grupy radnych popierających panią prezydent. Od początku przyjęliśmy postawę obserwatorów, co nie znaczy, że nie byliśmy gotowi do rozmów. Wtedy kilka spraw działo się właściwie jednocześnie. Najpierw radny Motylewski ogłosił, że wychodzi z „prezydenckiego” klubu, ale nie twierdził, że przestaje popierać panią prezydent. Dopiero na przełomie lipca i sierpnia, kiedy radny Motylewski przestał oficjalnie popierać prezydent Klimek, podjęliśmy rozmowy od razu z całą trójką radnych, panami: Herwichem, Matuszczakiem i Motylewskim.

Jak wyglądały te rozmowy?

- Złożyliśmy panom ofertę, że nie jesteśmy zainteresowani stanowiskami w kierownictwie rady, ale zależy nam na współpracy z nimi. Nie było rozmowy o wstępowaniu do naszego klubu.

Nie zadrżał panu głos podczas tej rozmowy? Przecież pan akurat powinien dobrze pamiętać, jak wielokrotnie zachowywał się wobec Platformy radny Motylewski i co o niej mówił?

- Cóż, polityka rządzi się swoimi prawami.

W polityce trzeba być pragmatykiem. Jeśli chcieliśmy mieć realny wpływ na pracę rady, odzyskać w niej większość i przewodnictwo w komisjach, to trzeba było schować ewentualne urazy do kieszeni.

 

Bierze pan na siebie odpowiedzialność za ewentualną kolejną zmianę poglądów któregoś z tych trzech radnych?

- Jest już zbyt blisko do wyborów, żeby nagle zmieniać poglądy i wykonywać jakieś samodzielne ruchy, więc nie obawiam się o jedność naszej grupy 12 radnych. (…)

 

WIĘCEJ W PAPIEROWYM WYDANIU GAZETY OSTROWSKIEJ 

 

 

 

 

Przeczytaj również

Zostaw komentarz


 
Zapisz komentarz
Redakcja nie bierze odpowiedzialności za treść publikowanych komentarzy. Wpisy naruszające obowiązujące w tym zakresie prawo i dobre obyczaje będą bezwzględnie usuwane, a numery IP osób je publikujących trafią do bazy danych administratora.

Obejrzyj nasze stałe galerie